Film jest oparty na prawdziwej historii, jednak na potrzeby produkcji podkolorowanej. Wiadomo, tak działa kino. Nasz główny bohater zepsuł wszystko, swoje stosunki z żoną a potem córka. Gdy dowiaduje się ze jest śmiertelnie chory postanawia wszystko odkręcić i dogadać się z nimi, przeprosić za wszystko co zrobił. Brzmi jak całkiem interesująca fabuła, prawda?
Jednak absolutnie nic z tego nie miało miejsca w tym filmie.
Główny bohater owszem, próbuje się dogadać z żoną i córka, ale ostatecznie poddaje się i tak naprawdę przestaje się starać. Mamy wiele scen których zupełnie nie rozumiałam i nie wiedziałam co się dzieje. Z drugiej jednak stromy były sceny bardzo dobre, z poczuciem humoru i głębszym sensem.
Kot aktorsko dał radę tak samo jak pozostali. Poziom gry aktorskiej na wysokim poziomie niestety to nie wszystko: zabrakło mi jednak fabuły filmu. Czegoś w nim po prostu nie było i to czyni go słabym, mimo dobrej obsady.
Dla mnie była to historia faceta, który powoli umierał i chciał coś zrobić, ale mu nie wyszło. Znowu.
Nie wiem co na celu miał reżyser i nie chcę zgadywać. Jednakże po tytule wywnioskować można ze będzie to film głęboki, o tym ze warto i nawet trzeba żyć i walczyć z przeciwnościami losu. Tego dostajemy namiastkę. Reszta, ucieka gdzieś i gubi się w tym chwilami pogmatwanym filmie.
Polecam go fanom polskiego kina i Tomasza Kota. Innym, nie wiem czy by się spodobał. A może ja go po prostu nie zrozumiałam...
"Żyć nie umierać" 4/10
-M
