Stronq główna

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 lutego 2016

Film: "Austenland" czyli raj dla wielbicielek Pana Darciego!

"Duma i uprzedzenie" jest jedną z moich ulubionych powieści Jane Austen, mimo, że nie mam duszy romantyka i nigdy nie miałam. Zawsze lubiłam oglądać liczne ekranizację, dlatego film o twórczość Pani Austen z chęcią dorwałam i obejrzałam.. czy się rozczarowałam?

Film opowiada o Jane, dziewczynie, która szaleje za Panem Darcy: cały jej pokój jest wypełniony jego zdjęciami, imieniem i innymi przedmiotami rodem z XIX Anglii. Pewnego dnia postanawia jechać do Austenland: wydaję wszystkie swoje oszczędności by znaleźć się w wilii jak ze snu, otoczona aktorami, którzy udają, że zakochują się w kobietach, które przyjeżdżają do Austenland. Dziewczyna poszukując swojego Pana Darcy'iego znajduję aktorów i nie wie w co wierzyć. Jednak poznaje kogoś.. lecz nie wie czy jest to prawdziwe czy ze scenariusza. 

Z góry mogę powiedzieć, że mnie film ogromnie rozczarował. 

Na pewno drzemał w nim potencjał.. historia jednak była nudnawa.. gra aktorska też pozostawia wiele do życzenia.. Taki oklepany, nudnawy i przewidywalny do granic możliwości. 

Nie potrafię ocenić czy jest warto obejrzenia czy nie. Każdy z nas musi zrobić to wedle swojego gustu. Ja natomiast, nie polecam go. 

Reasumując: "Austenland" jest komedią romantyczną o fabule rodem z powieści Jane Austen. Jednakże mimo to, klimat jest bardzo sztuczny i nie ogląda się go przyjemnie. Wręcz przeciwnie: to wszystko przytłacza. Historia nie była zła: była poprawna. Ale to za mało, by uznać go za dobry :) 

"Austenland" 4/10
-M



Film: "Zjawa": Czy tym razem Leonardo DiCaprio dostanie Oskara?

Oskary coraz bliżej. Jak zawsze staram się obejrzeć każdy film nominowany do tej prestiżowej nagrody i subiektywnie ocenić, czy rzeczywiście mi się podoba i czy odnajduję w nim coś więcej niż dobrą reżyserię lub muzykę. Ostatnio wybrałam się do kina na najnowszy film z DiCaprio, "Zjawa". 

Zapraszam dalej, powiem dużo ciekawych rzeczy :) 


Film opowiada historię podróżnika (Hugh Glass), który po ataku niedźwiedzia (przez własną głupotę, muszę dodać) zostaję porzucony przez swoich ludzi. W dodatku jeden z nich, Fiztgerald, próbuje go zabić, lecz syn Glassa powstrzymuję go, przez co sam ponosi śmierć. Mężczyzna poprzysięga zemstę na Fiztgeraladzie lecz najpierw musi wyzdrowieć: atak niedźwiedzia uszkodził bardzo jego ciało, przez co nie był w stanie chodzić i mówić. Siła woli i chęć zemsty jednak pozwoliła mu przetrwać i dopiąć swego. 


Od razy zaznaczam, że jest to tylko i wyłącznie moja opinia. Każdy może się nie zgodzić :) 




Film mi się nie podobał. 

Duży plus za ukazanie interesującej historii z małą ilością dialogów: przez większą część filmów obserwujemy jak Hugh Glass walczy z bólem i samym sobą by przetrwać. Widzimy dużo brutalnych niemalże okrutnych scen, ale to akurat normalne w tamtych czasach. 

Relacje z bohaterami, sam  punkt kulminacyjny wydał się tak banalny, że aż śmieszny. Jednakże, niczego innego sie nie spodziewałam. Może zakończenie powinni zmienić, na dużo bardziej hm. tragiczne? Wtedy wydaję mi się, że "Zjawa" nabrałaby większego sensu. 

Dlaczego więc film mi się nie podobał? Zabrakło mi w nim tego efektu: "wow". Nie było tam nic, co by mnie zaskoczyła, zainteresowało na tyle, że z wywieszonym językiem śledziłabym akcje, która swoją drogą z minuty na minutę stawała się coraz bardziej nudna i nużąca (bo ile można oglądać jęki i krzyki głównego bohatera?) 

Rozumiem przesłanie filmu: wiem co chciał nam ukazać reżyser i aktorzy. Mimo to jednak, film nie jest nawet w połowie tak dobry, jak niektóre filmy, które były nominowane do Oskarów w zeszłym roku. 

Reasumując: "Zjawa" jest filmem o przetrwaniu i zemście. Główny bohater, Hugh Glass (DiCaprio) musi przetrwać by ukarać mężczyznę, który pozbawił życia jego ukochanego syna. Historia ciekawa, jednak momentami wieje nudą. Osobiście, miałam dość jego męki, krzyków, jęków, śliny spływającej po jego ustach gdy się denerwował. Gra aktorska, jak najbardziej na bardzo wysokim poziomie i tego nie zaprzeczam: Leonardo poradził sobie świetnie z powierzoną rolą. Jednakże nie tylko to zalicza się do oceny filmu: w moim odczuciu jest to film średni: można go obejrzeć, ale bez żadnej rewelacji. 

Nie wiem czy film dostanie Oskara czy nie. Wiem jednak, że DiCaprio na niego zasłużył! 

Dajcie znać czy Wam się podobał czy nie. Widziałam, że ma bardzo wysokie noty na FilmWebie, a mimo to, no takie jest moja zdanie :) 

"Zjawa" 5/10
-M


sobota, 30 stycznia 2016

Film: "Drobna niedogodność": miłość czy nienawiść?

Czasami gdy jest mi nudno, a nie mogę znaleźć żadnego innego filmu niż komedia romantyczna, oglądam właśnie ją. Tym razem padło na "Drobną niedogodność"

Film opowiada historie Molly i Josha, którzy spotykają się na lotnisku jadąc do Chicago, na ślub matki Molly. Każde z nich jest po nieudanym związku: Molly właśnie zerwała z chłopakiem- muzykiem a Josh woli coś bez zobowiązań. Gdy dowiaduję się on jednak, że ostatnim życzeniem jego umierającego ojca jest zobaczenie kobiety, z którą weźmie ślub, Josh proponuje Molly by udawali zaręczyny. Dziewczyna zgadza się z dobroci serca lecz wszystko powoli zaczyna wymykać sie spod kontroli: rodziny bardzo się cieszą, kobiety gratulują jej zaręczyn, a dziewczyna coraz bardziej zanurza się w kłamstwie. W dodatku zaczyna coś czuć do Josha, który nie odwzajemnia jej uczuć, a przynajmniej tak jej się wydaję. Jak się skończy ta historia? Tego musicie dowiedzieć się sami! 



Z komediami romantycznymi jest ten problem, że często są bardzo oklepane, wyidealizowane i nierealne. W tym przypadku muszę przyznać, że każdy z tych elementów jest obecny w jakiś sposób, ale mimo to bardzo przyjemnie się go ogląda. 

Reasumując: "Drobna niedogodność" jest lekki, prostym i przyjemnym filmem z oklepaną fabułą i z góry przesądzoną. Jednakże mimo wszystko, ja z przyjemnością oglądałam i śledziłam losy bohaterów. Film ten zalicza się do umilaczy czasu: nic zbyt inteligentnego, mądrego czy trudnego -> jeśli szukacie czegoś dla zabicia czasu będzie on idealny! 


"Drobna niedogodność" 6/10
-M

niedziela, 17 stycznia 2016

Film: "Django": niewolnictwo i łowcy głow

Nie jest fanką westernów. Tak mi się wydawało, dopóki nie obejrzałam Django. 

Film opowiada o czarnoskórym niewolniku Django, którego pewnego razy wykupuje łowca głów, Schultz. Proponuje mu układ: pomoże mu w łapaniu przestępców po czym on pomoże mu odbić jego żonę sprzedaną na plantację jednego z najbogatszych plantatorów: Calvina Candie'ego. Mężczyźni zaprzjaźniają się i wyruszają w misję, by uratować kobietę z rąk brutalnego miłośnika walk czarnoskórych. 

Opis filmu może nie wydawać się szczególnie pociągający, ale uwierzcie mi: naprawdę warto go obejrzeć. Już mówię dlaczego! 

Django jest postacią bardzo pozytywną i silną: widzimy mężczyznę, które przeszedł bardzo wiele w swoim życiu: tylko i wyłącznie przez kolor swojej skóry stał się niewolnikiem, traktowanym gorzej niż śmieć. Wielokrotnie chciał uciec wraz z żoną, lecz nie udawało im się: w rezultacie wymierzana im była kara chłosty. Pod wpływem Schulzt'a, Django odnajduje siłę i powód by żyć i wyrusza z misją by uratować ukochaną a przy okazji zemścić się na wszystkich tych, którzy mają czarnoskórych za podludzi. 

Quentin Tarantino po raz kolejny stworzył film, który jest inteligentny (dialogi, sceny, sposób przedstawienia postaci) śmieszny oraz brutalny. W bardzo obrazowy sposób przedstawione są walki niewolników między sobą, chłosta czy różnego rodzaju kary, które stosowali Panowie swoich służących. 

Reasumując: "Django" jest świetnym filmem pokazującym brutalną przeszłość. Czy tak było? Tego nie wiem. Wiem jednak, że niewolnictwo w Stanach było na porządku dziennym i było w dobrym guście, mieć murzyna do usług. Jako nowa fanka Tarantino, mogę z czystym sumienie powiedzieć, że doskonale widać, że to jego film: bardzo charakterystyczne budowanie napięcia, postacie, których nie da się nie lubić, nagłe śmierci i nieprzewidywalność -> to wszystko jest w tym filmie i dzięki temu ani trochę się nie nudziłam. Film nie dłużył mi się i nie marzyłam żeby się skończył. Byłam bardzo ciekawa, czy Django uda się spełnić swoją misję! Polecam! 

"Django" 8/10
-M



sobota, 16 stycznia 2016

Film: "Wykolejona" czyli jak trudno się zakochać.

Na świecie istnieją dwa rodzaje ludzi: ci którzy zakochują się za łatwo i ci, którym sprawia to problem. Amy zalicza się do tej drugiej grupy. 

Film opowiada o życiu Amy, dziewczyny, która otwarcie mówi, że lubi seks, ale nie koniecznie chcę się z kimś wiązać. Zazwyczaj spotyka się z kimś na jedną noc, ewentualnie na kilka, lecz nigdy nie obiecuje miłości ani wierności. Blondynka pracuje jako redaktorka w niezbyt dobrym magazynie, pisząc sprośne teksty i tym przykuwając uwagę czytelników. Pewnego razu zostaje jej zlecony artykuł o lekarzu sportowym. Dziewczyna nie wie jeszcze, że od tego momentu, zmieni się praktycznie wszystko w jej życiu i światopoglądzie. 


"Wykolejona" nie jest filmem ambitnym ani głębokim. Bywa śmieszny, ale z ręką na sercu mogę powiedzieć, że poczucie humoru nieprzypadanie wszystkim: jest ono dość ciężkie, toporne, czasami miałam wrażenie że wymuszone. Ktoś za bardzo starał się stworzyć śmieszne sceny, które nie wyszły. 

Gra aktorska także pozostawia wiele do życzenia: nie było tragedii, ale mogło być dużo lepiej. Historia też nie była wyjątkowo innowatorska: to wszystko już było. Ona zepsuta, on idealny i na odwrót. 

Reasumując: "Wykolejona" to film, który krok za krokiem podąża za utartymi schematami typowych romansideł. To nie oznacza jednak, że jest złym filmem, bo do takich go nie zaliczam. Ogląda się go naprawdę przyjemnie a i uśmiech czasami wkradnie się na usta. Historia mimo swojej przewidywalności jest dobrze opowiedziana i przede wszystkim ciekawie. Widz śledzi z zainteresowaniem co dalej wpadnie do głowy szalonej Amy i jak zdecyduje się pokierować swoim życiem. Jednakże nie jest to film, który zostanie z nami na długo. Polecam go na raz, nudy wieczór, poranek, do obiadu czy kolacji.  

"Wykolejona" 5/10
-M

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Film: "Benny i Joon": czyli jak odpowiednia osoba może zmienić nasze życie :)

Czasami odpowiednie nastawienie innych może nam poprawić lub pogorszyć humor. Każdy z nas powinien wiedzieć, że ludzie mają na nas wpływ: czy to dobry czy zły. Wszystko zależy od nastawienie. Na własnej skórze przekonała się o tym Joon. 

Benny jest starszym bratem Joon, który opiekuję się nią. Dziewczyna nie może zostać sama ze względu na chorobę psychiczną. Gdy przegoniła kolejną gosposię, lekarz Joon zaczyna przekonywać Benna do umieszczenia dziewczyny w zakładzie psychiatrycznym. Ten jednak odmawia, nie chcą by jego siostra była zamknięta. Pewnego razu, przegrywa w karty i zmuszony jest przyjąć do swojego domu ekscentrycznego kuzyna swojego przyjaciela, Sama. Chłopak, jak się okazuję, świetnie dogaduję się z Joon po czym zaprzyjaźniają się: dzięki temu dziewczyna zdecydowanie lepiej się czuję, nie wpada tak często w napady złości i nie miewa ataków. Jak to wszystko się skończy? Czy Joon wyzdrowieje czy jednak zakład będzie nieunikniony? Czy połączy ją coś wiecej z Samem? Tego wszystkiego dowiecie się oglądając "Benny i Joon".


Co tu dużo mówić: kolejny świetny film. Począwszy od gry aktorskiej na mistrzowskim poziomie, kończąc na historii, która jest inspirującą i bardzo pozytywnie wpływa na człowieka. 

Sam jest typowym indywidualistą, lekko ekscentrycznym, śmiesznym i niegroźnym. Wielu ludzi nie docenia go, wyzywa od debili i śmieję się z niego. Chłopak jednak nie poddaje się i pozostaję dziwnym sobą, jednocześnie zmieniając życie Joon na lepsze. Benny na początku jest przeciwny, ale widząc szczęście siostry, odpuszcza. 

Reasumując: "Benny i Joon" to mega pozytywny film, która pokazuję, że odpowiednia osoba jest w stanie poprawić nasze samopoczucie i zmienić nasze życie. Osobiście, bardzo mi się podobała inność, która została przedstawiona w Samie i Joon: może się wydawać, że obydwoje są lekko niezrównoważeni, ale tak naprawdę są normalni, tylko inni. 
Jeśli szukacie czegoś podobnego, polecam serdecznie zapoznać się z tym filmem. Nie będziecie żałować a nawet mi podziękujecie :) Może nie jest arcydziełem, ale zasługuje na docenienie. 

"Benny i Joon" 9/10
-M




niedziela, 10 stycznia 2016

Film: "Don Juan DeMarco" czy romantyczność to choroba?

Bycie romantycznym to nie dziedzina, w której każdy czuję sie dobrze. Don Juan DeMarco jednak ją opanował do perfekcji, uwodząc każdą kobietę na swojej drodze.

Film opowiada historię młodego, 21 letniego chłopaka, który w przebraniu ala Zorro chodzi po mieści i uważa się za Don Juana: najlepszego kochanka świata. Pewnego dnia postanawia popełnić samobójstwo. Psychiatra, przekonuje go do zejścia i zbiera go na 10 dniową obserwację w szpitalu psychiatrycznym, gdzie chłopak opowiada mu swoją historię. Lekarz nie może uwierzyć, jak ogromny wpływ wywiera na niego ten chłopak: sam zaczyna inaczej postrzegać świat i swoją żonę. Czy Don Juan przekona lekarzy, że naprawdę nim jest? 

Przede wszystkim chciałabym zaznaczyć, że film ten jest niesamowicie przepełniony romantycznymi opisami kobiet, stosunku jaki mężczyźni powinni do nich mieć i życia seksualnego. Don Juan DeMarco słynął z tego, że każdą kobietę, którą spotkał doprowadzał do szaleństwa, spełniając jej najskrytsze pragnienia przez co każda z nich pragnęła go jeszcze bardziej. Jesli nie lubicie takich kwestii, nie polecałabym oglądać "Don Juan DeMarco"

Film nie jest nudny: przemyślenia jakie serwuje nam na dywaniku u psychiatry DeMarco są bardzo realne i aż trudno samemu lekarzowi uwierzyć, że chłopak rzeczywiście jest chory psychicznie. Akcja nie pędzi, nie jest to film akcji: jest ona powolna ale konkretna. Powoli, wraz z każdą kolejną sesją poznajemy życie Don Juana jednocześnie zastanawiając się ile z tego jest prawdą a ile urojeniem. 

Reasumując: "Don Juan DeMarco" jest filmem bardzo dobry, przepełnionym pięknymi metaforami i romantycznymi opisami, które tylko prawdziwy Don Juan mógł wymyślić. Koniec filmu jest pozytywny: uśmiech na pewno wkradnie się na Wasza twarze. Pada tam również bardzo ważne zdanie: "Don Juan DeMarco był chory na romantyczność" Dlaczego? Bo dla niego najważniejsza wartością była miłość. 

Polecam! 

"Don Juan DeMarco" 8/10
-M


sobota, 9 stycznia 2016

Film: "Beksa" czyli rozśpiewane lata 90'

Nie jestem fanką musicali, ale bywają takie, które mnie pozytywnie zaskoczą. Zaczynając od "High School Musical", które oglądałam jako mała dziewczyna, kończąc na "Nędznikach", którzy są fenomenalni. Ostatnio zmierzyłam się z "Beksą", jako, że potrzebowałam czegoś z klimatem lat 90. I sama do końca nie wiem, co myślę. 

Fabuła filmu jest dość prosta: Beksa (Johnny Depp) zakochuje się w grzecznej dziewczynce, która już nie chce dłużej byc grzeczna. Postanawia iść za głosem swojego serca i być z Beksą mimo przeciwności losu. 

"Beksa" jest filmem, który należy potraktować z przymrużeniem oka (a przynajmniej ja tak to odebrałam) 

Johnny Depp, którego rola nie była łatwa, jak zwykle świetnie sobie poradził jako niegrzeczny chłopiec. Swoją drogą, zawsze będę go widziała jako tego "złego", to po prostu do niego pasuje. 

Fabuła była dobra, ale dziwna. Nie zrozumcie mnie źle, uwielbiam dziwne, inne filmy, ale ten chyba nie do końca wstrzelił się w moje gusta. 

Piosenki śpiewane przez bohaterów nie przeszkadzały mi: miało to swój urok, gdy Beksa był w więzieniu i śpiewał by go uwolnili do jego ukochanej. Zdecydowanie wpasowała się muzyka w klimat filmu i wyszło to na plus. 

Reasumując: "Beksa" jest filmem o bardzo dziwnej ale interesującej fabule. Wielbiciele musicali odnajdą w nim coś dla siebie zarówno jak i fani Johnnego. Na przykładzie tego filmu widzimy jak dzielą się ludzie: na tych zupełnie normalnych a nawet nudnych i tych indywidualistów, czasami niegrzecznych ale w końcu, każda kobieta kocha niegrzecznych chłopców, prawda? Na szczęście nie nudziłam się i oglądałam go z przyjemnością. Jednakże, nie wiem czy kiedykolwiek to powtórzę. Tak jak wspomniałam, nie jest to raczej film, który mnie urzekł. 


"Beksa" 6/10
-M




Film: "Seks według Eda": jak ważne jest wychowanie seksualne?

Na pewno znane jest wam powiedzenie "Nie znam się więc się wypowiem". W tym wypadku jednak, zupełnie się ono nie sprawdziło. 

Ed jest młodym nauczycielem matematyki, który nie może znaleźć pracy w swoim zawodzie. Pewnego dnia podejmuję jednak pracę nauczyciela w szkole podstawowej, nie wiedząc na co się piszę. Gdy idzie po raz pierwszy na lekcję okazuję się, że dzieci potrzebują edukacji seksualnej, by być bezpieczne i uświadomione o chorobach związanych z stosunkiem płciowym. Ed, mimo braku doświadczenia seksualnego, postanawia zacząć uczyć dzieci o seksie. 

"Seks według Eda" nie jest, wbrew pozorom, głupim filmem. Pokazuję jak wcześnie teraz dzieciaki zaczynają się rozwijać i myśleć o seksie. Z braku wiedzy zaczynają się ciąże w wieku lat 13-14 lub choroby przenoszone drogą płciową. 

Nauczyciel w bardzo obrazowy sposób przedstawił klasie co im grozi jeśli nie będą się zabezpieczać jednocześnie zaznaczając, że są jeszcze za młodzi by mysleć o tym. 

Mimo sprzeciwu, tego rodzaju lekcje pomogły tym dzieciom w zrozumieniu na czym wszystko polega i co ze sobą niesie. Sam pomysł takich lekcji w szkołach często spotyka się ze sprzeciwem rodziców, ale osobiście nie widzę w tym nic złego. Sama uczęszczałam na tego rodzaju zajęcia w gimnazjum i nie było to coś strasznego: zwyczajna rozmowa na tematy, na które nie każdy chce rozmawiać z rodzicami lub się ich wstydzi. 

Reasumując: "Seks według Eda" jest komedią, lecz niesie ze sobą przesłanie: musi pamiętać, że świat cały czas się zmienia. To co kiedyś było nie do pomyślenia teraz jest normą: dzieci lubią eksperymentować i brak wiedzy może przynieść w efekcie problemy. Jeśli chodzi o sam film ogląda się go bardzo przyjemnie, nie nudzi, nie dłuży się i jest bardzo ciekawy. Ed sprawia wrażenie niesamowicie ciepłego, przyjemnego faceta, który chce jak najlepiej dla tych dzieciaków, by nie zmarnowały sobie życia. Polecam obejrzeć. Można się pośmiać i zastanowić nad tym, czego uczył Ed. 

"Seks według Eda" 
-7/10


piątek, 8 stycznia 2016

Film: "Czekolada" czyli mnóstwo słodyczy i Johny Depp!

Znam przypadki osób, które nie lubią czekolady. Jest to dla mnie niezrozumiałe i bardzo, ale to bardzo dziwne. Osobiście uwielbiam gorzką czekoladę, przede wszystkim 80% z Linda (jest droga ale warta tych pieniędzy) Dzisiejszy film aż przesycony jest słodkościami różnej maści: nie sposób nie mieć ochoty na czekoladę po seansie! 


Poznajemy matkę i córkę, które w czerwonych płaszczach, popychane przez wiatr, przybywają do małego, bardzo religijnego miasteczka. Vianne jest młodą kobietą, która przejęła tradycję po swoich przodkach i zaczęła wraz z córką podróżować po świecie i zapoznawać ludzi z właściwościami, zarówno leczniczymi jak i przyjemnościowymi, gorącej czekolady oraz kakao. Kobieta jednak nie jest wierząca, przez co naraża się burmistrzowi, który rozpowiadać zaczyna plotki o jej złym prowadzeniu. Kobieta jednak nie ugina się i prowadzi sklep z czekoladą, przekonując do siebie coraz więcej ludzi. W pewnym momencie poznaję wędrowców, którzy przypłynęli do protu miasteczka: zaprzyjaźnia się z Rouxem i jego całą rodziną mieszkającą na łodzi.  Zaczyna łączyć ich coś więcej, lecz każde z nich ma duszę wędrowca, który nie zostaje długo w jednym miejscu. Jak to się skończy? Tego musicie dowiedzieć się sami :) 

"Czekolada" to niesamowicie dobry, ciepły, lekki i zarazem głęboki film. Przedstawia nam on życie ludzi z małych miasteczek i pokazuję w jaki sposób myślą o indywidualnych jednostkach i jak ciężko jest im się pogodzić z ich innością. 

Vianne nie poddała się, pozostała sobą i do końca robiła wszystko, by mieszkańcy przestali ją postrzegać jako pomiot szatana, za którego uważał ją burmistrz. Kobiecie udało się odmienić staroświeckie myślenie mieszkańców i udowodniła, że to, że nie chodzi do kościoła, nie znaczy że jest gorsza od nich. 

Na pochwałę także zasługuje niesamowicie smaczny i subtelny wątek miłosny między Vianne i Rouxem. Tych dwoje połączyło coś specjalnego, lecz nie zostało wiele pokazane: jeden pocałunek, trzymanie za ręce czy naprawianie drzwi: w ten sposób dowiadujemy się, co naprawdę do siebie czują. Nie jest to przesłodzone i ogląda się bardzo przyjemnie. 

Reasumując: "Czekolada" jest filmem przepełnionym słodkościami, pralinkami i gorącą czekoladą z chilli. Oprócz tego mamy w nim wiele wartości jak przynależność, wspólnota, religijność i indywidualizm. Jedno bardzo ważne, co przekazuję nam ten film: nie ważne czy jesteś inny czy nie, po prostu bądź sobą. Nie zaliczyłam bym go do komedii romantycznej, ale zdecydowanie wpleciony został delikatny wątek miłosny. Film trwa ponad 2 godziny lecz przez ten czas nie jest ani trochę nudny. Zakończenie jest także istotne: pozostawia widza z szerokim uśmiechem na twarzy i sprawiając, że całość na długo zapada w pamięć. POLECAM! 

"Czekolada" 10/10
-M

czwartek, 7 stycznia 2016

Film "Zanim się rozstaniemy" przypadek czy przeznaczenie?

Czasami z pozoru najgorszy dzień w naszym życiu może stać sie tym najlepszym. O tym przekonała się Brooke. 

Film opowiada historię Brooke i Nicka: spotykają się przypadkowo na dworcu, gdy dziewczyna biegnie na ostatni pociąg do Bostonu. Niestety nie zdąża na niego i zmuszona jest spędził noc w Nowym Jorku. Na domiar złego została okradziona z dokumentów i pieniędzy, a komórka wypadła jej gdy biegła do pociągu, roztrzaskując się. Nick, grający na trąbce muzyk, postanawia jej pomóc. Spędzają razem czas opowiadając o swoich marzeniach, problemach i starając się zarobić pieniądze na wczesny powrót Brooke do domu. Okazuję się, że życie każdego z nich jest dużo bardziej skomplikowane niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka: Nick przez długi czas nie mógł się pogodzić z odejściem ukochanej podczas gdy Brooke nie wie, co powinna zrobić ze swoim mężem. Czy uda im się znaleźć rozwiązanie na każda zadane pytanie? Tego dowiecie się, ogladając "Zanim się rozstaniemy". 

Na początku warto wspomnieć, że reżyserią zajął się Chris Evans, który także odegrał rolę Nicka. Nie wiem czy wcześniej miał styczność z reżyserowaniem, jednakże atmosfera jaką stworzył oraz w jaki sposób przekazał wszystko było piękne i naprawdę wzruszające.

Urzekło mnie również zachowania każdego z bohaterów: Nick i Brooke obydwoje są ludźmi z bagażem nieprzyjemnych doświadczeń. Jednakże odnajdują w sobie przyjaciół i po jakimś czasie rozmawiają otwarcie o tym, co przeżyli i czego oczekują od życia. 

Reasumując: "Zanim się rozstaniemy" jest komedią romantyczną w zupełnie innym stylu: nie znajdziemy tutaj ckliwych "kocham cię" i przereklamowanego happy endu. Historia opowiedziana został od początku do końca w bardzo wysublimowany i elegancki sposób otoczona świetnym klimatem i błyskotliwymi dialogami między postaciami. Ogromny plus należy się za sposób w jaki film został zakończony, pozwalając widzowi na pełną dowolność w interpretacji. Niektórzy są zawiedzeni, ale tylko takie zakończenie idealnie pasowało do "Zanim się rozstaniemy". Nie zostaję mi nic innego jak polecić Wam go i czekać na wasze opinie :) 


"Zanim się rozstaniemy" 9/10
-M

środa, 6 stycznia 2016

Film: "Moms' night out" czyli ucieczka od macierzyństwa w wielkim stylu.

Jedni doświadczyli już smaku macierzyństwa na swojej skórze, inni, tak jak ja, jeszcze mają to przed sobą. Jednakże doskonale wiem, jak dzieciaki potrafią zmęczyć i dosłownie wypompować z człowieka życie. 

"Moms' night out" czyli po polsku "Wychodne mamusiek" (co jest okropnym tłumaczeniem dlatego preferuje używanie tego oryginalnego) opowiada historię matki trójki dzieci, która powoli zaczyna zastanawiać się, dlaczego nie jest szczęśliwa, jeśli jej wszystkie marzenia się spełniły: kochający mąż, wspaniałe dzieci i cudowny dom, który jednak trudno jej samej ogarnąć. Pewnego dnia postanawia zrobić sobie dzień, a właściwie noc, wolnego i wraz ze swoimi dwoma koleżankami wyrusza w miasto. Dwie z nich zostawiaja swoje dzieci mężom, podczas gdy ostatnia z nich ma córkę nastolatkę. Przypadkiem spotykają Bridgette, która zostawiła swojego malucha z byłym chłopakiem: ten jednak oddał go do przypilnowania w studiu tatuaży. Kobiety postanawiają jej pomóc i wyruszają na poszukiwania malca. 

Film ten jest idealny na nudne popołudnie czy wieczór. Polecam zrobić sobie kubek kawy, herbaty czy czegoś innego i odprężenie się przy przygodach młodych mam. 

Nie jest to film-arcydzieło: nie doszukamy się tutaj czegoś więcej niż to, co zostało przedstawione. Nie porusza on żadnych głębokich kwestii i nie musi. Jest to film z gatunku komedii: jego zadaniem jest bawić i umilić czas wolny a nie wprawić w nostalgiczny nastrój. 

Reasumując: "Moms' night out" jest lekki, prosty w przekazie i momentami zabawny. Nie dłuży się i nie nudzi. Jest parę świetnych scen, które ogląda się z wielką przyjemnością. Zaliczam go do typowego filmu na "jeden raz", gdy jest nam nudno i nie mamy nic innego do oglądania. Na pewno nie będziecie żałować, ale także nie zapadnie Wam on szczególnie w pamieć. Ot tak, na raz, jest idealny. 

"Moms' night out" 6/10
-M

wtorek, 29 grudnia 2015

Film: "Knock Knock"

O filmie słyszałam słabe opinię, jednak nie mogłam uwierzyć, że tak świetny aktor jak Keanu Reeves mógłby zagrać w czymś takim. Jednak, przekonałam się, że wszystko jest możliwe. 

Film opowiada do architekcie, którego rodzina wyjeżdża pewnego dnia na weekend nad morze. On jednak zostaję w domu, gdzie musi pracować nad projektem. Gdy zrywa się straszliwa burza a deszcz zalewa ulice, rozlega się pukanie do drzwi. W progu widzi on dwie, młode i całkowicie przemoczone dziewczyny, które proszą o skorzystanie z jego komputera. Mężczyzna na początku waha się czy powinien je wpuścić, ale jednak postanawia im pomóc. Dziewczyny starają się go uwieść od samego początku, chociaż Evan je odtrąca, po jakimś czasie się łamie, i spędza z nimi upojną noc. Młode "piękności" postanawiają zamienić jego mieszkanie w pobojowisko a życie w koszmar. 

Ciężko mi nawet napisać cokolwiek o tym filmie.. Z opisu wynika, że nie będzie on jakimś dziełem sztuki, ale nie sądziłam, że będzie aż tak źle. 

Szanuje każdego z aktorów, którzy wystapili w tym filmie. W gruncie rzeczy zawinił scenariusz, którego potencjał został totalnie zawalony. Zmieniając parę rzeczy, można by stworzyć naprawdę niezły film, z fabułą i przesłaniem. To co otrzymaliśmy w zamian to zlepek słabych scen, rozpierdziel pięknego domu z dzielami sztuki i architekta, który nie potrafi poradzić sobie z dwoma kobietami. 

Reasumując: "Knock Knock" jest rzeczywiście tak zły jak mówią o nim ludzie. Ocena na filmwebie 4,4 i tak jest zbyt wysoka. Film nie niesie ze sobą nic: sceny są pozbawione sensu, wykreowane postacie są marne i ubogie. Reżyseria i pokazanie okolicy jest na całkiem niezłym poziomie, chociaż to nie uratowała tego okropnego filmu. Zróbcie sobie przysługę i nie oglądajcie go. Jeśli tak jak ja uwielbiacie Keanu Reevsa, polecam "Adwokata diabła" lub "Dom nad jeziorem".

"Knock, Knock" 2/10 
-M 

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Film: "Not Cool" -> przerwa świąteczna w amerykańskim stylu

Dzisiaj proponuję Wam film w troszeczkę innym stylu. Jest to film twórcy internetowego, youtubera, vlogera czy jakkolwiek go nazwać: Shane Dawsona. Osobiście czasami oglądam jego filmiki: są śmieszne a sam Shane słynny jest ze swojego niecodziennego poczucia humoru, które również zauważymy w filmie. Zainteresowani? 

Film opowiada o przerwie świątecznej przed Świętem Dziękczynienia w Stanach Zjednoczonych. Znajomi z liceum wracają do swoich domów by razem świętować. Pewnego razu Tori przez przypadek trafia na Scoota (Shane Dawson) i razem spędzaja upojną noc w samochodzie dziewczyny. Dla niej jest to tylko jednorazowa sprawa: dziewczyna wciąż pamieta jakim dupkiem był Scot w szkole średniej, dlatego nie chce mieć z nim już więcej nic wspólnego. Dla niego jednak było to coś wiecej. 

"Not cool" nie doczekał się premiery kinowej ani chyba nie został przetłumaczony na język polski. Można go obejrzeć na pośrednictwem YouTube :) 


Jeśli chodzi o moje odczucia, film nie jest zły ale też nie porywa jakoś niesamowicie. Momentami jest dość obrzydliwy. Shane znany jest ze swojego dość okropnego poczucia humoru, które zawiera wiele seksualnych podtekstów i żartów przedstawionych w filmie dobitnie. Mimo to jednak, jest to film przyjemny, niosiący ze sobą przesłanie. 

Tori w przeszłości była prześladowana przez rówieśników. Teraz jest inaczej, poszła do collage'u, żyje własnym życiem, mimo że nienawidzi większości ludzi. Scot mimo popularności w liceum, teraz jest samotny. Dziewczyna cały czas żywi mocne uczucia wobec Scota, który ją ośmieszył w przeszłosci, nie mając pojęcia przez co przechodzi. 

Reasumując: "Not Cool" nie jest filmowym ideałem, powiedziałabym że bardzo daleko mu do tego. Scenariusz jest schematyczny i wszystko jesteśmy w stanie przewidzieć, ale mimo to, dla mnie był miłą odskocznią od poważnych produkcji filmowych. Jeśli lubicie się śmiać, i choć odrobinę znacie Shane z jego filmów na YT, polecam Wam się zapoznać z jego debiutem filmowym :) 

"Not Cool" 5/10
-M

niedziela, 13 grudnia 2015

Film: "Młodzi gniewni" czyli o niekonwencjonalnych metodach nauczania.

Każdy z nas na którymś etapie nauczania spotkał się z nauczycielem z prawdziwego zdarzenia: takim, któremu zależało na swoich uczniach a nie tylko na wypłacie i dobrych tematach w dzienniku na wypadek sprawdzenia. Taką nauczycielką była Pani Jonhson. 

"Młodzi gniewni" to historia oparta na faktach. Była oficer marines, pewnego dnia podejmuje pracę w szkole. Na początku nie wie, że została przydzielona do klasy, gdzie uczniowie w większości są czarnoskórzy i trudni. Pani Johnson musi poradzić sobie z ich obelgami, wyzwiskami i wybrykami. Po jakimś czasie jednak kobieta znajduje sposób by przykuć ich uwagę, zaczyna uczyć ich karate, opowiada o swoich czasach w marines i zaczyna zapoznawać ich ze światem poezji. Uczniowie coraz bardziej otwierają się i zdradzają nauczycielce swoje problemy: mówią, jak żyję się w ich dzielnicach, jak śmierć jest na porządku dziennym i jak sobie z tym radzą. Po jakimś czasie, Johnson zżywa sie ze swoimi uczniami i pomaga im jak może. 



Film jest naprawdę bardzo dobry i pokazuję jak wygląda życie ludzi, którzy często są nazywani "marginesem społecznym". Tak naprawdę są to ludzie, którzy nie wybrali tego, w jakim społeczeństwie żyją czy się wychowują. Bieda, narkotyki, bron to wszystko to ich codzienność i nie trudno się domyśleć, że w szkole też nie zachowują się najlepiej. 

Pani Johnson stara się podjeść do nich zupełnie inaczej. Łamie zasady szkoły i uczy po swojemu, bo widzi, że ten sposób przemawia do trudnych dzieciaków. Walczy o nich, kłóci się z dyrektorem i stawia na swoim, byleby wyszło na dobre dla nich. 

Reasumując: "Młodzi gniewni" to film o ludziach z bardzo trudną sytuacją i wielką historią. Tak naprawdę są oceniani z góry, skoro jest meksykaninem to na pewno handluje bronią lub narkotykami. Nikt nie chciał im pomóc, aż w końcu Pani Jonhson to zrobiła. Uczniowie są jej wdzięczni, wiec gdy po tragicznym wydarzeniu kobieta chce odejść, oni przypominają jej, że gdy wszyscy ich skreślili ona ich odkryła na nowo i stała się ich jasnością. Niezwykle pouczający i dobry film. Każdy odnajdzie w nim coś dla siebie. Wartości jakie przedstawia są uniwersalne, dlatego nawet za 10 lub 15 lat ten film będzie miał sens! Wart obejrzenia!

"Młodzi gniewni" 9/10
-M


sobota, 12 grudnia 2015

Film: "Szkoła uwodzenia" czyli jak miłość może zmienić człowieka

Świątecznym filmem, to on nie jest, ale mimo wszystko postanowiłaś obejrzeć klasyk, który do tej pory mi umykał. Cóż, mam mieszane uczucia, ale o tym dalej. 

Film opowiada o Sebastianie i Kathryn, przyrodnim rodzeństwie, które lubi stawiać sobie nowe wyzwanie. Jak się dowiadujemy, obydwoje obracają się w środowisku, gdzie seks jest najważniejszy i tylko on się liczy. Sebastian pewnego dnia odnajduje artykuł dziewczyny, która twierdzi, że zaczeka z tym do ślubu. Chłopak zakłada się z siostrą że ją uwiedzie i zaciągnie do łóżka. Nagroda jaką Kathryn mu proponuje tylko podwaja jego entuzjazm. Chłopak jednak po jakimś czasie zaczyna angażować się za bardzo i darzyć Annette prawdziwymi uczuciami. 

Co z tego wyjdzie? Tego musicie dowiedzieć się sami! 

Jak wspomniałam wcześniej, mam bardzo mieszane uczucia: są ludzie, którzy totalnie kochają ten film i twierdzą, że jest mistrzowski i są ludzie którzy go wręcz nie cierpią. Osobiście nie wiem po której stronie się opowiadam. 

'Szkoła uwodzenia" to przede wszystkim jeden wielki utarty schemat, co bardzo mi przeszkadzało, bo wiedziałam dokładnie czego się spodziewać: on zły, podrywacz, nagle zakochuje się w dziewczynie niewinnej i pospolitej przy okazji robiąc sobie wrogów w siostrze, która grozi zniszczeniem ich życia. 

Tak naprawdę widz od początku wie jak to się skończy, co w moim przypadku jest bardzo dużym minusem. Lubie zaskoczenie. A jeśli o nim mowa... zakończenie było tak sztuczne, tak nienaturalne i śmieszne jednocześnie, że aż trudno mi w to uwierzyć jak bardzo film stracił przez słabą końcówkę. Można to było zrobić w zupełnie inny sposób, a nadal majac ten sam wydźwięk. 

Reasumując:"Szkoła uwodzenia" nie jest filmem bez wad: jest on przewidywalny i schematyczny, ale mimo to nie odczepiam od niego łatki "klasyku". Na pytanie czy jest on wart obejrzenia, odpowiedziałabym, że tak, z prostej przyczyny: dla zaspokojenia własnej ciekawości można go obejrzeć i porównać odczucia. Ja mam takie zdanie, ktoś może mieć inne. 

"Szkoła uwodzenia" 5/10
-M

środa, 9 grudnia 2015

Film: "Jestem na tak"czyli mega pozytywna komedia na zimny wieczór.

Witam, witam. 

U mnie zimno, pada deszcz, pogoda czysto depresyjna, ale ja się nie poddaje i staram się być pozytywna! Wczoraj miałam przyjemność obejrzenia świetnej komedii, która sprawiła, że poczułam się jeszcze lepiej w ten okropnie ponury dzień. 

"Jestem na tak" opowiada historię Carla, mężczyzny, który przez większą część swojego życia jest negatywnie nastawiony, nie chce podejmować ryzyka i jednym słowem jest przeciętny. 

Pewnego dnia, spotyka dawnego kolegę, który zaprasza go na wykład, gdzie uczą ludzi, by mówić na wszystko "tak". Carl nie jest przekonany, ale decyduję się spróbować. Na wykładzie zawiera "przymierze", że przez najbliższy czas będzie mówił na wszystko tak, co prowadzi do wielu różnych przygód głównego bohatera: między innymi poznaje prawdziwy smak życia i przekonuje się, że do tej pory tak naprawdę nie żył. 


Możecie dostrzec mój entuzjazm już na początku postu. Film bardzo mi się podobał! 
Przede wszystkim nie jest on pusty, mimo, że jest komedią. Gdy otacza nas świat kina komediowego tak pustego, jak American Pie lub Magic Mike (mimo, że każdy z filmów lubię) to ta komedia wznosi się na zupełnie inny poziom. 

"Jestem na tak" może nie jest głębokim filmem, ale ja odnalazłam w nim przesłanie: żyj tak, aby niczego nie żałować. Nie sztuką jest wegetować i przemknąć przez życiem. Czasami trzeba coś zaryzykować, kupić bilet lotniczy na pierwszy samolot, uczyć się szydełkować czy zrobić coś, o czym od dawna się marzyło, lecz nie miało się odwagi. 

Reasumując: "Jestem na tak" emanuje pozytywną energią w niemalże każdej scenie. Obserwujemy jak Carl zmienia się z dnia na dzień, tylko przez to, że zaczął mówić "tak" i żyć pełnia życia. Osobiście, uważam, że jest to idealna propozycja filmowa dla tych z Was, którzy często zapominają jak piękne jest życie. Mimo mroku, ciemności i porażek, warto żyć i spełniać marzenia! 

Polecam Wam gorąco!  

"Jestem na tak" 9/10
-M


niedziela, 8 listopada 2015

Film: "Straight Outta Compton"



Dziś udało mi się obejrzeć "Straight Outta Compton" choć nie jestem fanką rapu, czy to polskiego czy amerykańskiego. Mimo to, dałam radę i podobało mi się, choć spojrzałam na to z odrobinę innej perspektywy. 


Film opowiada o o powstaniu i upadku kultowej formacji N.W.A (Niggaz Wit Attitudes), z której wywodzą się Dr. Dre, Ice Cube iEazy-E. Wraz z bohaterami przenosimy się do czasów, gdzie tzw. "gangsta rap" zaczynał się rozwijać i pojawiać coraz częściej na "salonach". W związku z tekstami z wieloma wulgaryzmami m.in przeciwko policji, grupa miała często problemy (aresztowania, bezpodstawne zatrzymania i przeszukiwania: na każdym krokiem spotykali policjantów, którzy widząc, że są czarni brali ich za najgorszych gangsterów lub handlarzy narkotykami) 
Przyznam szczerze, że wcześniej nie wiedziałam praktycznie nic o N.W.A. Słyszałam o Ice Cube'ie, Dr. Dre ale nigdy nie interesowałam się ich historią, początkami i życiem. 

Dużym zaskoczeniem było dla mnie, jak strasznie rasistowsko zachowywała się policja. Dosłownie na każdym kroku murzyni byli posądzani o posiadanie narkotyków, broni i bóg wie czego jeszcze. Po części, rozumiem ten tok myślenia: większość gangów to rzeczywiście osoby czarnoskóre, ale to nie znaczy, że musimy wrzucić wszystkich do jednego worka i traktować jak śmieci. 

Reasumując: "Straight Outta Compton" to niewątpliwie historia wzlotów i upadków grupy chłopaków z Compton, którzy napędzani marzeniami o muzyce zdobyli odwagę by robić coś, mimo wszechobecnej sytuacji. Nie było łatwo i nie było zawsze legalnie, ale koniec końców tak działa teraz ten świat. Ice Cube i Dr. Dre wraz ze swoją "drużyną" odmienili świat w latach 90', pokazując, że dobry rap opowiada prawdziwą historię, ze wszystkimi emocjami i przesłaniem. W ten sposób, drogą prób i błędów odnaleźli swoją własną ścieżkę, po której podążali aż doszli na szczyt i osiągnęli prawdziwy sukces. 


"Straight Outta Compton" 7/10 
-M



czwartek, 29 października 2015

Film: "Papierowe Miasta" czyli beztroska podróż wgłąb siebie :)

Johna Greena chyba przedstawiać nie trzeba: autor słynnej powieści młodzieżowej "Gwiazd naszych wina" napisał już sporą ilość książek o podobnej lecz z drugiej strony, zupełnie innej tematyce. 

Dzisiaj (w końcu!) zmierzyłam się z ekranizacją jego książki pt. "Papierowe miasta". 

Film opowiada historię przyjaźni (tak naprawdę miłości, ale o tym będzie dalej) Młody chłopiec od pierwszego wejrzenia zakochuje się w swojej nowej sąsiadce. Dzieciaki są w podobnym wieku wiec szybko się zaprzyjaźniają i spędzają razem czas. Quentin jest dość spokojny, nie chce ładować się w kłopoty. Margo natomiast jest zagadką: lubi tajemnice i sama się nią staje. Ich drogi rozchodzą się po jakimś czasie i w liceum już prawie ze sobą nie rozmawiają. Aż do pewnego czasu. 

Gdy Margo "odchodzi" chłopak chcąc ją odnaleźć rusza tropem zostawionych przez nią wskazówek. Wraz z przyjaciółmi jedzie tysiące kilometrów by ją odnaleźć i wyznać co czuje. Przy okazji dochodzi do bardzo ważnych wniosków, powiedziałabym, że nawet życiowych. 


Od bardzo dawna chciałam obejrzeć ten film, ale jakoś nie było mi po drodze. A to nie miałam czasu a to coś tam i odwlekałam to w czasie jak najdłużej się dało. Teraz gdy już jest on za mną, żałuje, że nie obejrzałam go wcześniej, ale z drugiej strony wiem, że nic szczególnego nie straciłam. 

Historia ta może wydawać się typowym "love story" jednakże wcale nim nie jest. Quentin owszem, jest zakochany w Margo, ale ich relacje są zupełnie inne niż byśmy się tego spodziewali po opisie filmu. 

Duży plus wędruje za utrzymaną zagadkę do ostatnich minut filmu i świetne (moim zdaniem) zakończenie. Było nieprzewidywalnie, odrobinę tajemniczo lecz także lekko i przyjemnie. 

"Reasumując: "Papierowe Miasta" wcale nie są historią miłosną powszechnie znaną z wielu podobnych filmów: owszem cała podróż jest napędzana miłością, lecz koniec końców jest to przede wszystkim historia dorastania i poznawania siebie. Margo nie wiedziała kim jest i dlatego zdecydowała się wyruszyć w podróż. Prawdą jest to, że w czasami nie wiemy kim jesteśmy, a przynajmniej nie jesteśmy tego pewni całkowicie. Musimy spojrzeć na świat z innej perspektywy, dać się ponieść młodości, pojechać bez konkretnego celu w nieznane, wsiąść do złego pociągu albo autobusu i czerpać przyjemność z podróży i wspomnień jakie nam z tego pozostaną. 

Film ten jest mi bliski ponieważ kieruję się podobnymi wartościami: podróżuje, bawię się, zdobywam doświadczenie życiowe i tworzę swoją własną, indywidualną historię. 

Takie powinno być życie: jedną wielką zagadką. 


"Papierowe Miasta" 7/10
-M




niedziela, 4 października 2015

Film "Więzień Labiryntu: Próby Ognia": Labirynt naprawdę był dopiero początkiem..

Dylan O'brien jest świetnym aktorem: polubiłam go najbardziej oglądając serial "Teen Wolf" gdzie gra on do dnia dzisiejszego słodkiego ale też niebezpiecznego chłopaka Stilesa Stilińskiego. W ""Więźniu Labiryntu" tylko utwierdził mnie w tym, jak dobrym aktorem jest. 


Film opowiada o dalszych losach bohaterów pierwszej części, których poznaliśmy uwięzionych w Labiryncie. Udało im się wyjść, ale to dopiero początek ich przygody ku wolności. Ci, którzy twierdzą, że im pomagają tak naprawdę tego nie robią: nikt nie wie komu można ufać a komu nie. 

Pierwsza część była bardzo dobra i podobała mi się: świeża historia, fajni bohaterzy, dużo akcji.. czego chcieć wiecej? Nie spodziewałam się, ale "Próby Ognia" podobały mi się jeszcze bardziej. 

Widz cały czas śledzi losy bohaterów, stopniowo razem z nimi odkrywa intrygi, skacze z połamanych budynków, chowa się pod walący się gruz by uniknąć ponownego złapania i pewnej śmierci, wędruje pustkowiem by znaleźć schronienie, płacze i cieszy się, gdy coś się uda, boi się i krzyczy gdy coś wyskoczy na nich z zębami. Nie ma chwili wytchnienia, by zaczerpnąć oddechu bo akcje dosłownie biegnie. 

Historia jest mega ciekawa. Oczywiście nie potrafię porównać filmu do książki bo jej nie czytałam. To zostawiam Wam, jesli czytaliście i oglądaliście, piszcie jakie Wam się podobają filmy. 

Reasumując: "Więzień Labiryntu: Próby Ognia" to świetny film, na którym każdy będzie dobrze się bawił: dla fanów podróży, bohaterowie wiele wędrują, dla fanów sensacji, jest dużo akcji, w której w grę wchodzi zabijanie i krew a nawet znajdzie się fragment czy dwa dla fanów horrorów i dreszczowców. Film wzbudza emocje i zabiera do zupełnie innego świata. Tak, moi drodzy, robi się kino godne polecenia. Ja już czekam na kolejną część!

"Próby Ognia" 10/10
-M