Stronq główna

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Film: "Benny i Joon": czyli jak odpowiednia osoba może zmienić nasze życie :)

Czasami odpowiednie nastawienie innych może nam poprawić lub pogorszyć humor. Każdy z nas powinien wiedzieć, że ludzie mają na nas wpływ: czy to dobry czy zły. Wszystko zależy od nastawienie. Na własnej skórze przekonała się o tym Joon. 

Benny jest starszym bratem Joon, który opiekuję się nią. Dziewczyna nie może zostać sama ze względu na chorobę psychiczną. Gdy przegoniła kolejną gosposię, lekarz Joon zaczyna przekonywać Benna do umieszczenia dziewczyny w zakładzie psychiatrycznym. Ten jednak odmawia, nie chcą by jego siostra była zamknięta. Pewnego razu, przegrywa w karty i zmuszony jest przyjąć do swojego domu ekscentrycznego kuzyna swojego przyjaciela, Sama. Chłopak, jak się okazuję, świetnie dogaduję się z Joon po czym zaprzyjaźniają się: dzięki temu dziewczyna zdecydowanie lepiej się czuję, nie wpada tak często w napady złości i nie miewa ataków. Jak to wszystko się skończy? Czy Joon wyzdrowieje czy jednak zakład będzie nieunikniony? Czy połączy ją coś wiecej z Samem? Tego wszystkiego dowiecie się oglądając "Benny i Joon".


Co tu dużo mówić: kolejny świetny film. Począwszy od gry aktorskiej na mistrzowskim poziomie, kończąc na historii, która jest inspirującą i bardzo pozytywnie wpływa na człowieka. 

Sam jest typowym indywidualistą, lekko ekscentrycznym, śmiesznym i niegroźnym. Wielu ludzi nie docenia go, wyzywa od debili i śmieję się z niego. Chłopak jednak nie poddaje się i pozostaję dziwnym sobą, jednocześnie zmieniając życie Joon na lepsze. Benny na początku jest przeciwny, ale widząc szczęście siostry, odpuszcza. 

Reasumując: "Benny i Joon" to mega pozytywny film, która pokazuję, że odpowiednia osoba jest w stanie poprawić nasze samopoczucie i zmienić nasze życie. Osobiście, bardzo mi się podobała inność, która została przedstawiona w Samie i Joon: może się wydawać, że obydwoje są lekko niezrównoważeni, ale tak naprawdę są normalni, tylko inni. 
Jeśli szukacie czegoś podobnego, polecam serdecznie zapoznać się z tym filmem. Nie będziecie żałować a nawet mi podziękujecie :) Może nie jest arcydziełem, ale zasługuje na docenienie. 

"Benny i Joon" 9/10
-M




niedziela, 10 stycznia 2016

Film: "Don Juan DeMarco" czy romantyczność to choroba?

Bycie romantycznym to nie dziedzina, w której każdy czuję sie dobrze. Don Juan DeMarco jednak ją opanował do perfekcji, uwodząc każdą kobietę na swojej drodze.

Film opowiada historię młodego, 21 letniego chłopaka, który w przebraniu ala Zorro chodzi po mieści i uważa się za Don Juana: najlepszego kochanka świata. Pewnego dnia postanawia popełnić samobójstwo. Psychiatra, przekonuje go do zejścia i zbiera go na 10 dniową obserwację w szpitalu psychiatrycznym, gdzie chłopak opowiada mu swoją historię. Lekarz nie może uwierzyć, jak ogromny wpływ wywiera na niego ten chłopak: sam zaczyna inaczej postrzegać świat i swoją żonę. Czy Don Juan przekona lekarzy, że naprawdę nim jest? 

Przede wszystkim chciałabym zaznaczyć, że film ten jest niesamowicie przepełniony romantycznymi opisami kobiet, stosunku jaki mężczyźni powinni do nich mieć i życia seksualnego. Don Juan DeMarco słynął z tego, że każdą kobietę, którą spotkał doprowadzał do szaleństwa, spełniając jej najskrytsze pragnienia przez co każda z nich pragnęła go jeszcze bardziej. Jesli nie lubicie takich kwestii, nie polecałabym oglądać "Don Juan DeMarco"

Film nie jest nudny: przemyślenia jakie serwuje nam na dywaniku u psychiatry DeMarco są bardzo realne i aż trudno samemu lekarzowi uwierzyć, że chłopak rzeczywiście jest chory psychicznie. Akcja nie pędzi, nie jest to film akcji: jest ona powolna ale konkretna. Powoli, wraz z każdą kolejną sesją poznajemy życie Don Juana jednocześnie zastanawiając się ile z tego jest prawdą a ile urojeniem. 

Reasumując: "Don Juan DeMarco" jest filmem bardzo dobry, przepełnionym pięknymi metaforami i romantycznymi opisami, które tylko prawdziwy Don Juan mógł wymyślić. Koniec filmu jest pozytywny: uśmiech na pewno wkradnie się na Wasza twarze. Pada tam również bardzo ważne zdanie: "Don Juan DeMarco był chory na romantyczność" Dlaczego? Bo dla niego najważniejsza wartością była miłość. 

Polecam! 

"Don Juan DeMarco" 8/10
-M


sobota, 9 stycznia 2016

Film: "Beksa" czyli rozśpiewane lata 90'

Nie jestem fanką musicali, ale bywają takie, które mnie pozytywnie zaskoczą. Zaczynając od "High School Musical", które oglądałam jako mała dziewczyna, kończąc na "Nędznikach", którzy są fenomenalni. Ostatnio zmierzyłam się z "Beksą", jako, że potrzebowałam czegoś z klimatem lat 90. I sama do końca nie wiem, co myślę. 

Fabuła filmu jest dość prosta: Beksa (Johnny Depp) zakochuje się w grzecznej dziewczynce, która już nie chce dłużej byc grzeczna. Postanawia iść za głosem swojego serca i być z Beksą mimo przeciwności losu. 

"Beksa" jest filmem, który należy potraktować z przymrużeniem oka (a przynajmniej ja tak to odebrałam) 

Johnny Depp, którego rola nie była łatwa, jak zwykle świetnie sobie poradził jako niegrzeczny chłopiec. Swoją drogą, zawsze będę go widziała jako tego "złego", to po prostu do niego pasuje. 

Fabuła była dobra, ale dziwna. Nie zrozumcie mnie źle, uwielbiam dziwne, inne filmy, ale ten chyba nie do końca wstrzelił się w moje gusta. 

Piosenki śpiewane przez bohaterów nie przeszkadzały mi: miało to swój urok, gdy Beksa był w więzieniu i śpiewał by go uwolnili do jego ukochanej. Zdecydowanie wpasowała się muzyka w klimat filmu i wyszło to na plus. 

Reasumując: "Beksa" jest filmem o bardzo dziwnej ale interesującej fabule. Wielbiciele musicali odnajdą w nim coś dla siebie zarówno jak i fani Johnnego. Na przykładzie tego filmu widzimy jak dzielą się ludzie: na tych zupełnie normalnych a nawet nudnych i tych indywidualistów, czasami niegrzecznych ale w końcu, każda kobieta kocha niegrzecznych chłopców, prawda? Na szczęście nie nudziłam się i oglądałam go z przyjemnością. Jednakże, nie wiem czy kiedykolwiek to powtórzę. Tak jak wspomniałam, nie jest to raczej film, który mnie urzekł. 


"Beksa" 6/10
-M




niedziela, 20 grudnia 2015

"Mam twój telefon" Sophie Kinsella: lekka lektura na jeden wieczór

Czasami każdy z nas potrzebuje krótkiej książki z happy endem na rozweselenie i pozbycie się negatywnych uczuć z siebie. Tym właśnie była dla mnie "Mam twój telefon" Sophie Kinselli. 

Poppy Wyatt, pewnego dnia, na swoim wieczorze panieńskim gubi bardzo drogi (a w dodatku pamiątkowy) pierścionek zaręczynowy, który dostała od swojego idealnie przyszłego męża, Marcusa. W dodatku ktoś kradnie jej telefon, co doprowadzą ją do szału. Na szczęście dziewczyna znajduję telefon w koszu na śmieci. Wyznając zasadę "znalezione nie kradziona" Poppy zabiera telefon ze sobą i podaję nowy numer obsłudze hotelowej, w razie gdyby znaleźli pierścionek. Jak się potem okazuje, telefon jest własnością dużej firmy, a dokładnie asystentki szefa, Sama Roxtona, która zarządzała każdym dniem mężczyzny. Poppy, zmuszona jest do przesyłania mu codziennej korespondencji co w rezultacie zbliża ich do siebie. Dziewczyna zaczyna się zastanawiać nad małżeństwem, a gdy nowe fakty wychodzą na jaw, Sam jest tym, który jej pomaga. 


Jest to moje drugie podejście do twórczości Pani Sophie Kinselli i znów bardzo udane. Autorka przedstawia nam historię uroczej, cudownej i mega słodkiej Poppy oraz zdystansowanego, chłodnego i raczej opanowanego (stoickiego) szefa wielkiej korporacji, Sama. W bardzo śmieszny i charakterystyczny dla siebie sposób przedstawia ich różnicę, stopniowo budując akcje i relację między bohaterami, przez co nie są oni ani trochę przesłodzeni czy nierealni, co bardzo często zdarza się w tego rodzaju książkach. 

Autorka połączyła ze sobą romans z humorem oraz intrygą, tworząc idealną książkę na jeden czy dwa wieczory: lekką, śmieszą i niezobowiązującą do nadmiernego myślenia. W bardzo łatwy sposób śledzi się wydarzenia, a język którym operuję autorka jest bardzo przystępny i zrozumiały. Akcja może nie pędzi, ale jest obecna na prawie każdej stronie co jest ogromnym plusem.  

Reasumując: "Mam twój telefon" jest bardzo lekką i przyjemną lekturą, która wciąga i na pare godzina zabiera ze sobą w świat Poppy i Sama. Z ciekawością śledzi się losy bohaterów i wyczekuje się punktu kulminacyjnego. Jednakże, od początku wiadomo jak skończy się ta historia. Zabrakło mi zaskoczenia, ale nie można mieć wszystkie, prawda? Mimo wszystko, była to bardzo dobra lektura, przede wszystkim odprężająca i uspokajająca. Po ciężki dniu aż miło usiąść i przeczytać coś tak pozytywnego i przystępnego. 

Jeśli szukacie czegoś takiego, polecam "Mam  twój telefon" oraz inne książki Sophie Kinselli. Pisze ona bardzo dobrze, lekko a przy tym jej bohaterowie mają charakter i nie są mdli (jak się czasami zdarza w innych książka z serii: romans + humor) 

"Mam twój telefon" 7/10
-M



piątek, 16 października 2015

"Nie powiesz nikomu" czyli lekka komedia na jesienne popołudnie

Przez ostatnie tygodnie naprawdę bardzo ciężko jest mi się zabrać za jakąś cięższą, głębszą książkę. Dlatego też, gdy przeczytałam o "Nie powiesz nikomu" pomyślałam, że będzie to bardzo miłe urozmaicenie. Tak oto zaczęła się moja przygoda z komedią romantyczną na papierze. 

Historia opowiada o dziewczynie, Emmie, która boi się latać samolotami. Pewnego dnia, wracając z niezbyt udanej podróży służbowej, na pokładzie samolotu panują ogromne turbulencje: dziewczyna w przypływie paniki opowiada największe sekrety ze swojego życia nieznajomemu mężczyźnie na sąsiednim siedzeniu, po raz pierwszy będąc całkowicie szczerą. Emma myśli, że nigdy więcej nie spotka nieznajomego. Jak się potem okazuje, ich drogi będą krzyżować się dość często. 

Książka jest bardzo lekka, co jest dużym plusem: szukałam czegoś lekkiego ale nie dennego i to otrzymałam. Język jakim jest napisana jest śmieszny ale z drugiej strony poważniejszy niż w większości książek "lekkich" jakie przeczytałam. 

Cała historia jest odrobinę przesłodzona i nierealna, ale w gruncie rzeczy stanowi spójną całość i rozrywkę dla czytelnika: przypominało mi to trochę oglądanie komedii romantycznej z Ashtonem Kutcherem w roli głównej (nie wiem dlaczego, jakoś bardzo mi pasował do Jacka) 

Reasumując: "Nie powiesz nikomu?" jest lekką i przyjemną lekturą idealną na jeden, dwa wieczory. Nie jest niczym szczególnym, nie zachwyca i nie wciska w fotel, ale sprawia, że człowiek po ciężkim dniu uśmiecha się i spędza dobrze czas. Przewidywalność jest tutaj jednak obecna: starałam się nie myśleć o tym bardzo, ale nie da sie ukryć, kończy się tak, jak powinno. Bohaterka wykreowała całkiem dobrych bohaterów, mimo, że czuję niedosyt (tak przywykłam do bohaterów Kinga, że teraz każdy inny bohater jest dla mnie niewystarczający) Ogólnie polecam Wam się zapoznać z tą książką: tak jak wspomniałam, jest zabawna, troszkę przekolorowana, ale nie będziecie żałować. Ja nie żałuję :) 

"Nie powiesz nikomu?" 6/10
-M

piątek, 4 września 2015

Film: "Z dala od zgiełku"

Raz na jakiś czasu lubię obejrzeć jakiś film oddalony i w czasie i w miejscu, dlatego też wczoraj przeniosłam się do XIX wiecznej Anglii. 

Film "Z dala od zgiełku" opowiada historię kobiety, która mając korzystne propozycje małżeństwa cały czas odmawia. Pewnego razu jednak podejmuję decyzję, która nie jest jak się okazuję tą najlepszą. Na szczęście oprócz tego, ma jeszcze dwóch kandydatów. 

Ogólnie powiem tak, film nie był zły. Cały czas utrzymany był klimat delikatnego romansu: ukradkowe spojrzenie tu i tam, uśmiech czy pomoc przy czynnościach koniecznych. Widać było, że główni bohaterowie bardzo się lubią i nie wiem dlaczego od razu ze sobą nie byli (jak na rolnika był mega przystojny.. lepszy niż ci bogaci..pff) 

Dodatkowym atutem były widoki.. Malownicze wzgórza Anglii, rozległe pola i charakterystyczne klify. To wszystko zostało połączone wraz z historią w spójną logicznie całość i koniec końców, prezentuje się bardzo dobrze. 

Jedyne do czego mogłabym się przyczepić to długość filmu. Chwilą było mi już nudno, bo nie oszukujmy się, filmem akcji to on nie jest. Akcja jest powolna, momentami odrobinkę durna i naciągana (nie wspominając już że przewidywalna do granic możliwości) Mimo wszystko jednak, nie żałuję i polecam Wam, żebyście się z nim zapoznali. 

"Z dala od zgiełku" to delikatna i subtelna historia miłosna z pięknymi widokami w tle i klimatem XIX wiecznej Anglii: suknie, karety, charakterystyczne ubrania mężczyzn. Czasami warto jest dać się przenieść w inną epokę i zanurzyć się w tym. Jeśli wiec lubicie takie filmy, nie przeszkadza wam powolna akcja i powolne budowanie napięcia by rozładować je w punkcie kulminacyjnym, jak najbardziej polecam. 


"Z dala od zgiełku" 6/10 
-M

sobota, 29 sierpnia 2015

"Między życiem a życiem" Jessica Shirvington

CZEŚĆ!

"Między życiem a życiem" chciałam przeczytać już od dłuższego czasu, lecz gdy ja dostałam (wygraną w konkursie) wylądowała na półce, czekając w kolejce. Wczoraj zdecydowałam że czas dać jej szanse. I jestem MEGA zaskoczona. Pozytywnie.

Historia opowiada o dziewczynie, Sabine, którą żyje w dwóch różnych światach. W jednym wiedzie idealne życie: jest bogata, piękna, ma chłopaka który wydaje się być tym jedynym. W drugim mieszka w niezbyt pięknej dzielnicy Bostonu i jest zwykła, szara choć dość wyzywająca osoba. 
Pewnego dnia poznaje chłopaka, Ethana, który jest wszystkim tym, czego brakuje jej w Dexie, chłopaku z drugiego życia. Jednego dnia zauważa że zasady jej "przeskoku" zmieniły się. Teraz, codziennie o północy gdy przeskakuje do innego życia nic z poprzedniego nie idzie z nią: rany, zmiana fryzury... Dziewczyna zaczyna eksperymentować aż pewnego dnia trafia do szpitala i cały czas zastanawia się, które życia powinna wybrać. 


Ogólnie jestem mega pozytywnie zaskoczona, nie sądziłam ze mi się spodoba, mimo bardzo interesującej fabuły. 
Bałam się ze będzie jak tysiąc innych powieści dla nastolatek: przesłodzone i mega nienaturalne, jednak mimo że zalicza się do jednej z nich, czytało mi się szybko, przyjemnie i wciągnęła mnie. Ponad 200 stron pochłonęłam w 2 godziny. 

Oprócz oczywistego wątku miłosnego, autorka przybliża termin samobójstwa, między wierszami wspominając jak ważne jest życie i dlaczego powinniśmy je cenić. Uważam, że to bardzo ważne w tym czasie, gdy zazwyczaj młodzi ludzie chcą się zabić, tylko dlatego, że ktoś coś im powiedział. Jak już żyjesz, doceń co masz, nie poddawaj się i żyj!

"Między życiem a życiem" jest książka głębszą niż może się wydawać na pierwszy rzut oka. Jedni prawdopodobnie nie będą szukać w niej drugiego dna, które ja odnalazłam. Klimat jest obecny na każdej stronie. Niesamowicie polubiłam Sabine, myślę ze znalazłam w niej coś prawdziwego. Historia mimo wątku miłosnego jest smaczna i przyjemna. 
Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że jest to jedna z lepszych książek "młodzieżowych" jakie czytałam!

Polecam serdecznie jeśli jeszcze nie mieliście okazji jej przeczytać.


"Między życiem a życiem" 9/10

-M

wtorek, 25 sierpnia 2015

"Obsydian" Jennifer L. Armentrout czyli historia z innej planety.

Cześć! 


Jakiś czas temu cała blogosfera czytała książkę z gatunku Paranormal Romance (a przynajmniej ja bym ją do tego zaliczyła). Jako że w przeszłości sama zaczynałam od takich książek (Zmierzch i tak dalej) postanowiłam dać jej szansę i przekonać się o co tyle krzyku. 

"Obsydian" opowiada historię Katy, dziewczyny, która ze słonecznej Florydy przeprowadza się do małego miasteczka oraz jej pięknych idealnych sąsiadów z naprzeciwka z którymi jest coś mocno nie tak. Dziewczyna zaczyna przyjaźnić się z Dee a z czasem zostaję "zmuszona" do spędzania czasu z jej bratem bliźniakiem Daemonem. Jak się okazuję, Katy widzi więcej niż chcieliby jej pokazać i koniec końców dowiaduje się na czym polega ich mroczna tajemnica. Jednakże teraz, grozi jej niebezpieczeństwo. Czy uda się ją ochronić? 

Relacja Katy i Daemona polega na pragnieniu i nienawiści; tak naprawdę żadne z nich nie zachowuję się normalnie. W jednej chwili wyznają sobie uczucia a w drugiej wykrzykują, że się nienawidzą. No cóż, można i tak. 

Ogólnie jestem w szoku, że książka, mimo swojej szablonowości podobała mi się. Czytając ja czułam się znów jak mała dziewczynka, która dopiero co odkrywa świat książek i jest w 7 niebie.  Serio. Poczułam się tak, jakbym została przeniesiona w czasie do podstawówki, gdy "Zmierzch" wchodził w obieg i wszyscy byli zakochani w Edwardzie i Belli. 

Fakt, nie jest to lektura górnolotna, ale też nie jest słaba. Ci z was co myślą (tak jak ja na początku), że będzie to słaba książka powinni sie z nia zapoznać: autorka miała pomysł na całą historię i widać, że ta miłość głównych bohaterów jest wątkiem pobocznym a nie głównym, co jest dużym plusem. Wiadomo, historia tak naprawdę jest najważniejsza a tutaj jest całkiem niezła i dość ciekawa. 

"Obsydian" jest książką lekką, czyta się bardzo przyjemnie i szybko mimo, że człowiek ma wrażenie, że czytał juz kiedyś coś podobnego. Gdybym chciała, mogłabym zarzucić książce wiele: szablonowość, mojego ulubionego "odgrzewanego kotleta" i dość przewidywalne prowadzenie akcji. A no i to, że Daemon pojawiał się wszędzie..! Zawsze gdy ona otwierała drzwi, tam stał on! 
Koniec końców jednak nie przeszkadzało mi to bardzo. Całkiem dobrze się bawiłam, historia mnie zaciekawiła i chętnie sięgnę po następną cześć. 

Jestem trochę za stara już na takie książki, ale co tam. Polecam Wam!

"Obsydian" 7/10
-M 

niedziela, 23 sierpnia 2015

"Fangirl" Rainbow Rowell

Cześć!


Możecie wierzyć lub nie, ale sama także pisałam kiedyś fanfiction. Nie zdradzę na jaki temat nie dlatego, że się wstydzę, bo absolutnie nie, a dlatego, że pozostawię Wam ten kawałek do domysłu.. 

"Fangirl" opowiada historię Cath i Wren, sióstr bliźniaczek, które wspólnie zaczęły pisać fanfiction swoich ulubionych bohaterów książkowych. Po pewnym czasie, dwie całkiem różne siostry udają się na studia: Wren postanawia odciąć się od siostry i zyć własnym życiem, bardzo imprezowym i szalonym. Cath jednak pozostaje w świecie książek i swojej własnej twórczości, którą czyta zaskakująco dużo osób. Oprócz tego poznaję swoją współlokatorkę Regan (Wren nie chciała z nia mieszkać) i wydaję jej się, że dziewczyna naprawdę jej nie lubi. Dodatkowo poznaje Leviego, jak na początku myśli, chłopaka Regan. Potem jednak okazuję się to nieprawdą, a ich relacja się rozwija. 
Czy siostry się pogodzą? Czy Cath zakocha się w Levim? Co się stanie? 

Po "Fangirl" sięgnęłam ze zwykłej ciekawości: poprzednia książka pani Rowell całkiem przypadła mi do gustu, bo odcinała się od standardowych schematów. Tutaj jednak, absolutnie wszystko było o poziom albo dwa słabsze. A szkoda. 


Na sam początek bohaterowie: Cath dość dziecinna i dziwna. Oczywiście taki był zamysł, na swój sposób słodka i niewinna dziewczyna. Polubiłam ją mimo, że czasami naprawdę mnie irytowała. 
Levi: tak naprawdę mało o nim wiem, był bo był, egzystował i kręcił się gdzieś w pobliżu. 
Wren: myślę, że z nia najbardziej bym się dogadała. Szczęśliwa, korzystająca z zycia dziewczyna. 

Ogólnie nie jestem zachwycona: nie wczułam się ani w historię ani w emocje bohaterów. Czytałam bo chciałam skończyć. Historia mnie nie wciągnęła niestety, a naprawdę oczekiwałam czegoś lepszego. Otrzymujemy coś idealnego dla nastolatek, które dopiero co wchodzą w świat książek i znajdują swojego ulubionego bohatera i nie mogą się pogodzić z jego odejściem z ich życia. Wiem, bo też byłam w tym momencie. Ale dorosłam. Zrozumiałam, że czasami koniec nie oznacza końca. Niektórzy bohaterowie zostają z nami na zawsze i jeszcze dłużej. 

Nie wiem jak Wy, ale ja nie odkryłam w "Fangirl" niczego dla siebie. Język był dogodny, styl lekki, akcja trochę powolna i w sumie nic się takiego nie działo. Bohaterowie nie najgorsi, ale pozostawiający wiele do życzenia. Historia nudnawa momentami ale ciekawa stronami. Myślę, że jestem po prostu za stara na tą książkę. Spodziewałam się czegoś odstającego od normy, innowacyjnego a dostałam to samo co zawsze: papkę dla nastolatków. 

Jest dobra żeby przeczytać ją raz, w wolnym czasie, ale gwarantuję, jeśli szukacie w niej czegoś więcej nie jestem przekonana czy znajdziecie. Ja nie dałam rady. Jest to książka do przeczytania, nie będziecie żałować, ale też nic szczególnego nie wniesie. 

"Fangirl" 5/10
-M

piątek, 14 sierpnia 2015

Potęga miłości w filmie "Joe Black"

Cześć! 

Ostatnio przeglądając gazetę z programem napotkałam film "Joe Black". Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to Brad Pitt na okładce. Wtedy też zadałam  sobie pytanie: "Czy ja oglądałam ten film?" A jeśli nie, to dlaczego? 
I tak właśnie postanowiłam to nadrobić. Teraz sama nie wiem czy to był błąd czy dobra decyzja. 


Film opowiada historię rodziny Parrishów. Na samym początku poznajemy Susan i pewnego młodego mężczyznę, którzy poznają się w barze i iskrzy między nimi, nawet bardzo. Potem nagle ginie on w wypadku samochodowym, którego dziewczyna nie widziała. Parę dni później, śmierć w ciele tego samego mężczyzny pojawia się w domu Williama Parrisha by zabrać jego duszę ze sobą, lecz przed tym prosi go by mógł mu towarzyszyć przez jakiś czas. Niespodziewanie śmierć zakochuje się w Susan. Jak skończy się ich romans? 

Mam niesamowicie mieszane uczucia odnoście tego filmu. Trwa on ok. 3 godzin i tak naprawdę niewiele akcji jest w nim. Wydaję mi się, że to jeden z tych filmów, które albo się kocha albo się nienawidzi. 

Historia tak naprawdę jest bardzo rozciągnięta i momentami wydaję nam się, że pewne wątki są po prostu niepotrzebne i dodane na siłe, żeby film nabrał większej filozoficznej głębi niż ma. Oczywiście ma to zupełnie odwrotny skutek, ale okej, ktos miał taki pomysł i tak to zrobił. 

Coś co bardzo mi się podobało to gra aktorska Pitta i Hopkinsa. No cóż tu wiele mówić? Aktorzy światowego formatu, którzy naprawdę wiedzą jak wzbudzić w widzu pewne uczucia. Pitt w tym filmie zachwyca w każdy calu. Jeśli jesteście jego fanami, najbardziej film będzie Wam się podobał przez ten właśnie aspekt. 

Ogólnie nie wspominam tego filmu źle, ale też nie bardzo dobrze. Pod koniec dłużył mi się niesamowicie i nie będę Was oszukiwać, chciałam żeby sie już skończył. Niby historia miłosna, piękna i skomplikowana a ja nie odczułam tego tak bardzo jak się spodziewałam. Może miałam zupełnie inne wyobrażenie co do tego filmu i dlatego nie do końca otrzymałam to, czego chciałam. 

Nie wiem. 

Ocenę pozostawiam Wam: czy warto go obejrzeć czy nie, musicie zdecydować sami. Moja opinia jest subiektywna, także może ktoś z Was absolutnie kocha ten film i ma do tego prawo jest zupełnie innego zdania. I dobrze, każdy z nas ma własne zdanie i tego się trzymajmy :) 

"Joe Black" 5/10 
-M

środa, 29 lipca 2015

"Na krawędzi nigdy" przypadek czy przeznaczenie?

Cześć!


"Na krawędzi nigdy" jest książka o młodej dziewczynie, Camryn, którą pewnego dnia, przytloczona rzeczywistością i zdarzeniami łamiącymi jej 20sto letnie serce postanawia ze wyruszy w podróż donikąd. Pakuje więc plecach i kupuję bilet na autobus do Idaho, gdzie oficjalna historia głosi, czeka na nią siostra której nigdy nie miała z nowo narodzonym dzieckiem. W podróży poznaje Andrew, chłopaka którego muzyka obudziła ja gdy spala. Jak się okazało, ich spotkanie na zawsze odmieni każde z nich. 

Książka na początku bardzo mi się podobała. Sama często chciałabym wziąć plecak i jechać przed siebie w nieznane. Dlatego też czułam pewną więź i nic porozumienia z Camryn. Potem jednak sprawy zaczęły się komplikować i miłość wyszła ba pierwszy plan, co moim zdaniem zabiło podróżniczego ducha tej książki. Pierwsza połowa, jak wspomniałam byla świetna i czytało się ją bardzo szybko i przyjemnie w sumie tak jak i cała książkę, ale potem miałam wrażenie że ta "podróż" została odepchnięta na boczny tor i w rezultacie zmarnowana. 

Nie zrozumcie mnie źle. Nie mam nic przeciwko wątkowi miłosnemu mimo iż był również oklepany czytało się to dość przyjemnie. Sęk w tym, że gdyby autorka skupiła się na przezywanych przez bohaterów przygodach trochę bardziej niż na przemyśleniach w ich dwóch oddzielnych motelowych pokojach, całość byłaby dla mnie ideałem. 
Nigdy nie lubiłam takich książek, prostych, miłosnych i oklepanych. Dlatego Tez zakończenie mocno mnie zawiodło. Nie zdradzę go, ale myślałam ze autorka nie pokusi się o banalny finisz i.zaserwuje nam coś emocjonującego. Tak nie było. A wiadomo, najbardziej zapamiętuje się dobre zakończenia książek. W tym przypadku na pewno zapamiętam początek, co do zakończenia, obawiam się ze za jakiś czas zginie w morzu.podobnych do siebie, całkowicie zapadajac w otchłań zapomnienia. 

Jednakże mimo wszystko chętnie sięgnę po kolejną część :) 


"Na krawędzi nigdy" 6,5/10
 -M

poniedziałek, 13 lipca 2015

"Maybe Someday" czyli siła muzyki zmieszaniej z uczuciami.

Cześć! 

 

Po długim czasie przygotowania do "Maybe Someday" (sama nie wiem czemu tak długo to trwało) przeczytałam ją. I teraz już wiem, takie książki nie są dla mnie. 

Historia opowiada od Sydney i Ridge'u. Obydwoje są w szczęśliwych związkach a ich życia wydają się być cudowne. Lecz w dzień 22 urodzin Sydney, okrutna prawda wychodzi na jaw, a dziewczyna zmuszona zostaję przyjąć pomoc Ridge'a, chłopaka, którego obserwowała i podziwiała ze swojego balkonu, podczas wieczornych prób gitarowych. Wkrótce każde z nich odkrywa, że to co zaczynają do siebie czuć jest czymś głębszym niż myśleli. Powoli tracą kontrolę i gubią się we własnych decyzjach rozdarci między głosem serca a sumienia. 

Powiem tak: książka mnie nie powaliła. 

Wciąga i jest napisana bardzo przystępnym językiem (aczkolwiek nie wiem jak w polskim tłumaczeniu, ponieważ czytałam ją w oryginale)
Nie podobały mi się te nagromadzone opisy, jak bardzo idealny jest Ridge. Ciagłe rozterki bohaterów są dla mnie zrozumiał i nawet je zaakceptowałam. Nie jest łatwo walczyć między serce a rozumem. Aczkolwiek zabrakło mi w tej książce czegoś.. być może akcji? 
Nie zrozumcie mnie źle, nie spisuję jej na straty. Jest to po prostu ksiażka, która nie spodoba się wszystkim. Jednakże jestem mocno zawiedziona: "Hopeless" naprawdę było bardzo dobre w porównaniu z "Maybe Someday". Mimo natłoku emocji, nie przemówiły one do mnie a momentami nudziły. Czułam, że jest to odrobinę za bardzo naciągane. 

Myślę, że parę lat temu zakochałabym się w tej książce a Ridge byłby meżczyzną nr 1 w moich snach. Teraz jednak, absolutnie tak nie będzie. Bohaterowie są bardzo fajnie i przemyślanie wykreaowani, ale coś zabrakło w historii. Może jakby ujać czegoś i wpleść coś innego? Chociaż wątki muzyczne były bardzo przyjemne, także nie podbiły mojego serca. 

Wyciągnęłam jednak jeden, bardzo ważny wniosek: ROMANSE MŁODZIEŻOWE NIE SĄ DLA MNIE. 

Jeśli jednak lubicie tematykę miłosną, jestem pewna, że przypadnie wam do gustu "Maybe Someday". Ja jednak nie lubuję się w takich książkach, ta była eksperymentem: nie wyszedł najlepiej ale nie żałuję. 


"Maybe Someday" 5/10
-M
 

niedziela, 12 lipca 2015

"The Duff": licealne piekło czy raczej niebo?

Cześć!

 

Amerykańskie komedie od dawna wmawiają nam, że liceum potrafi być piekłem dla jednych i niebem dla drugich. Tego doświadczają przede wszystkim ludzie inni, dziwni i nie chcący dopasować się do powszechnie panujących standardów. 

"The Duff" czyli w tłumaczeniu "Ta brzydka i gruba przyjaciółka" odnosi się mniej więcej do tego schematu. Widzimy szkołę podzieloną, jak zwykle, na sportowców, geeków, te ładne i popularna "księżniczki" oraz dziwaków, takich jak Bianca. Dziewczyna dowiaduję się od swojego sąsiada, ale również kolegi z dzieciństwa, że dla swoich ładnych koleżanek jest niczym innym niż DUFF. Dziewczyna nie będąc pewna siebie bardzo przezywa słowa Wesleya. Po jakimś czasie jednak zawiera z nim układ: ona pomoże mu zdać chemię a on nauczy ją jak rozmawiać z chłopakami i przestać być "tą brzydką i grubą". 

Brzmi banalnie, prawda? 

I tak też trochę jest. Nie powiem, schematy tutaj występują, ale postanowiłam zrzucić jest na drugi plan i skupić się na wiadomości, którą chcieli nam przekazać twórcy: nie ważne kim jesteś, czy jesteś ładna, czy brzydka, czy chuda czy gruba, ważne że jesteś sobą i nie przejmujesz się tym, co powiedzą o Tobie inni. Tak odebrałam ten niezwykle pozytywny ale również przewidywalny film. 

Nie oszukujmy się, wielokrotnie chcąc się dopasować udajemy kogoś kim nie jesteśmy. Pamiętajcie jednak, że to nie jest właściwa droga. Jeśli nie jesteście sobą w takim razie kim jesteście? Kimś wykreowanym? Osobiście nigdy nie spotkałam się z czymś takim: nigdy nikt nie czepiał się mnie, że jestem taka a nie inna, a jestem po trochu dziwakiem. Jednak mam znajomych, nawet pokuszę się o stwierdzenie przyjaciół. Wszystko jest uzależnione od naszych decyzji: nie dajmy sie przekonać, że bycie takim samym jak wszyscy jest dobre. Bądźmy sobą. 

"The Duff" nie jest filmem zapadajacym w pamieć. Jest owszem przyjemny i przedstawia problemy dojrzewania: gdy dalej szukamy kim jesteśmy i gdzie jest nasze miejsce. Pomimo szablonowości i przewidywalności nie mam do niego zastrzeżeń. Jest dość młodzieżowy, kierowany raczej do osób w wieku 15-23. Wątpię czy starszym widzom przypadłby do gustu, ale na leniwe popołudnie jest idealny. 

"The DUFF" 7/10
-M

piątek, 29 maja 2015

Lekcja pierwsza: "Sztuka Uwodzenia" Samantha Young


Cześć!

Dzisiaj nietypowo, na widelec (ewnetualnie łyżkę) wezmę książkę, która dość przypadkowo wpadła w moje ręce, czyli "Sztuka Uwodzenia". 
Olivia Halloway przeżyła wiele w swoich 26 latach na tym łez padole, lecz jest coś, w czym nie czuję się pewna.
Seks. 
Dziewczyna nie uważa się za piękną czy seksowną, co zdecydowanie utrudnia jej stosunki z płcią przeciwną. Pewnego razu prosi swojego nieziemsko przystojnego przyjaciela Nate'a by nauczył ją tytułowej sztuki uwodzenia. 
Co dalej? Aby sie przekonać, musicie ją przeczytać. 
Tajemnicą nie jest, że opis książki brzmi dość tandetnie. Ona  szara myszka, nie wierzy w siebie, on idealny, przystojny, normalnie chodzący bóg!! 
I coś w tym jest. Pomijajac szablonowość i dość oczywisty przebieg akcji, ksiażka zaskoczyła mnie swoją nadnaturalną słodkością. Z reguły dlatego omijam wszelkiego rodzaju romanse: są dla mnie po prostu jak 5 kg curku. Za dużo! Dużo za dużo! Rozumiem, romantyczność, miłość.. Okej. Ale czasami mniej NAPRAWDĘ znaczy wiecej. Tutaj, hm, ciężko mówić o czymś takim. Akcja cały czas sie zmienia chociaż czytając miałam wrażenie, że niektóe momenty są jakby urwane i niedokończone. Byc może autorka nie chciała wplatać tam czegoś nowego? Kto wie. Jednkaże coś co urzekło mnie w tej książce, to niesamowicie lekkie pióro. Przeczytałam ja w 2 dni, czytając łacznie może z 4,5 godziny. Naprawdę, czyta się ją niesamowicie szybko. 
Reasumujac: "Sztuka uwodzenia" jest książką z gatunku erotyki, po który nie sięgam zbyt często. Po "50 Twarzach Greya" odechciało mi się wszelkiego rodzaju erotycznych doznań bohaterów książkowych, ale zdecydowałam, że czas dać szanse innej pozycji z, długiej już listy, erotycznych powiastek. I tak, "Szkoła uwodzenia" nie jest zła. Czyta się ją szybko i nie nudzi. Zastanawia czytelnika jak to się skończy. Erotyczne opisy nie są tez do znudzenia (jak w Greyu) i powiedziałabym, że są nawet dobre. Jednakże nie mogę nie przyczepić się do przewidywalności i szablowości książki. Jest tak naprawdę jedną z miliona i taką dla mnie pozostanie. Można przeczytać, ale bez rewelacji. 
Jeśli gustujecie w tego typu historiach, "Szkoła uwodzenia" jest definitywnie dla Was!

"Szkoła uwodzenia" 5/10
-M

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Dalsze losy Americi Singer w Eliminacjach: część druga "Rywalek" czyli "Elita"

Witajcie!

Dzisiaj chciałam dośc krótko powiedzieć o drugiej części serii Selekcja zatytułowanej "Elita". Wydarzenia są kontynuacją pierwszej części: nie ma żadnego przeskoku w czasie czy niedomówień. Podobnie jak w pierwszej części śledzimy losy Americi w rezydencji królewskiej, która bierze udział w konkursie (eliminacjach) na żonę dla księcia Maxona (recenzja "Rywalek" tutaj)
Znów spotykamy się z wieloma sytuacjami niebezpiecznymi dla dziewczyn, cięzkimi decyzjami do podjęcia dla każdej ze stron ale również z dozą niesamowicie niepotrzebnych problemów. 
Dlaczego tak uważam? Już wyjaśniam. 
Wiem, że książka opiera sie na decyzji Americi i Maxona, na ich miłości, historii. Na prawdę, rozumiem to. Czytajac "Elitę" odniosłam wrażenie, że problemy,  z którymi boryka sie główna bohaterka są wymyślane przez autorkę na siłę i zupełnie niepotrzebnie. Dziewczyna non stop waha się i dosłownie wymyśla coraz to rózne głupoty. I po co?
Kolejną irytującą mnie rzeczą jest przeciąganie w czasie: podejrzewam, że pierwotnym zamysłem autorki było rozłozenie tych Eliminacji na trzy książki: pierwsza to poczatek, potem jak już zostają tylko te "wybrane" i ostatnia jako już Finał finałów. Okej, rozumiem. Ale szczerze i z szacunkiem oczywiście, uważam, że całą trylogię spokojnie można by umieścić w jednej, dość opasłej książce. Czasami wydaję mi się, że kolejna strona znów jest o tym samym, a to bardzo mi się nie podobało. Z drugiej jednak strony, nadal jest to książka bardzo lekka i szybko się ja czyta (nawet przyjemnie pomijajac to wcześniejsze) 

Reasumując: "Elita" jest książką nadal utrzymaną na takim samym poziomie jak jej pierwsza cześć, z której tak naprawdę tylko dowiadujemy sie paru istotnych rzeczy. Reszta jest dopełnieniem, które nie zupełnie ma uzasadnienie, jednakże nie ujmuje to jej niczego. Nadal jest to książka wciągajaca i ciekawa, lecz momentami nudna i przewidywalna. Czy warto ją przeczytać? Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć sobie sam, ale ja, jako, że zaczęłam czytać pierwszą część, czułam się zobligowana do przeczytania także następnej. 

Czy mnie zachwyciła? 
Nie koniecznie.
Czy mnie rozczarowała. 
Nie, ponieważ nie spodziewałam się wiele. 

"Elita" 5/10 
-M

niedziela, 26 kwietnia 2015

Każda dziewczyna marzy o tym, by zostać Wybraną. Każda poza Americą Singer: "Rywalki" Kiera Cass

 Dzień dobry!

Przenieśmy się na chwile do świata, gdzie istnieje ogromny zamek wraz z rodziną królewską, a my jesteśmy podzieleni na grupy i żyjemy w biedzie: jedni w większej, drudzy w mniejszej. Nasza jedyną szansą na "godne życie" jest wzięcie udziału w Eliminacjach, w których z grubsza chodzi o wybranie tej jedynej, pięknej, przyszlej księżniczki dla księcia Maxona, syna obecnej pary królewskiej. 

W takim świecie żyje America Singer. 

Dziewczyna ma swoje powody dla których nie chce brac udziału w eliminacjach, ale ze względu na dobro swojej rodziny, godzi się i wysyła zgłoszenie.  
O dziwo, wygrywa. 

Wraz z 35 dzięwczynami zostaje zaproszona do życie u boku ksiecia Maxona w ich piękny zamku, by ten mógł zdecydować, która z nich zostanie jego partnerką. Historia opisana w "Rywalkach" jest dość nietypowa: nie czytam książek, w których występuje rodzina królewska i tego typu rzeczy. Jednakże tutaj, wątek ten jest dość ciekawie przedstawiony i opisany. Książe Maxon, America, ich problemy, rozterki, obowiazki i uczucia: to wszystko przeplata się w książce i sprawia, że czytelnik jest coraz bardziej zaciekawiony do czego finalnie doprowadzi temperament Ameriki i uczucie Maxona. 

Reasumując: "Rywalki" są kolejną książką, która przenosi nas w swój niepowtarzanie wykreowany świat, ale nie jest pozbawiona wad. America jest moim zdaniem za bardzo nieporadna (ale tez na swój sposób odważna). Maxon natomiast zbyt idealny, ale jaki mógłby byc książe? W końcu z tym zawsze jest utożsamiany: czysta perfekcja. Akcja rozgrywa się szybko, nie nudzi ale tez nie zaskakuje. Zabrakło mi takiego "wow". Jest dość przewidywalna i zwyczajna, lecz czy to rzeczywiście jest minusem? 
Wszystko zalezy od upodobań czytelnika.
Polecam ją wszystkim nastolatkom jak i starszym czytelnikom jako rozrywkę na dobrym poziomie. Jednakże pamiętajmy: w prawdziwym zyciu nie ma czegoś takiego jak "książe", dlatego moja obawa jest taka, że po przeczytaniu tej książki, młode dziewczyny (pff, tez jestem młoda przeciez...) zaczną patrzeć na chłopców/facetów przez pryzmat idealności godnej księcia, która nie istnieje. Ideał jest inny dla każdego: dokładnie jak opinia na temat książki. 

"Rywalki" 6,5 /10
-M


piątek, 24 kwietnia 2015

Czy gdyby miłość była chorobą, chciałbyś się wyleczyć? "Delirium" Lauren Oliver

Witajcie dordzy czytelnicy!

Czy miłość jest rzeczywiście chorobą? 
W świecie Leny tak. 
Dziewczyna żyje w ciągłym przekonaniu, że miłość jest najgorszą z najgorszych chorób, przed którymi trzeba się szczepić. Cóż, życie w takim świecie nie wydaje mi się być zabawne o czym potem także przekonuje się Lena. Dziewczyna tuż przed zabiegiem, dzięki któremu już nigdy nie musiałaby się bać miłości, zaczyna rozumieć, że ten świat, nie jest jedynym. Poznaje Alexa, odmieńca, który otwiera jej oczy, że miłość wcale nie jest taka zła jak o niej mówią. Dziewczyna zaczyna rozumieć to wszystko i podejmuję wraz z Alexem decyjzę o ucieczce. 
Czy im się to uda? 
O tym przekonamy sie dopiero potem. W pierwszej częście serii akcja kończy się w prawie że kulminajcyjnym momencie, dlatego by dowiedziec się co dalej czeka Lenę i Alexa musimy sięgnąć po następne części tylogii Delirium.
Sukiektywnie mogę powiedzieć Wam, że książka nie jest absolutnie ciężka lub nudna. Opowiada ona historię, która, kto wie, może kiedyś znajdzie odzwierciedlenie w naszym świecie. Nie wiemy do czego będziemy zdolni za ileś tam lat: być może też nasze społeczeństwo stanie się tak kontrolowane i "chronione" jak to opisanie w "Delirium" 

Reasumujac: "Delirium" jest idealną, lekka książką, opowiadajacą o miłości dwójki nastolatków, którzy walczą z systemem, by móc żyć tak, jak chcą. Schemat powatarza się w wielu, wielu, wielu ksiażkach, aczkolwiek nie moge być krytyczna, ponieważ książka całkiem mi się podobała. Jest co prawda troszeczkę za słodka, ale nie raziło to tak bardzo jak w przypadku innych młodziezowych powieści, które było mi dane przeczytać (nie we wszystkich!!)
Polecam ją tym, którzy lubią takie kilamty: odległy świat, inna rzeczywistość, odrobina fantastyki i wątek miłosny w centrum. Jeśli lubicie to, ta ksiazka jest dla Was. Jeśli natomiast nie macie nic przeciwko temu, ale z drugiej strony nie jesteście tez fanami tego typu literatury, książka nie zrobi na Was wrażenia: przeczytacie ją i szybko odłożycie na półkę. Tak się stało w moim przypadku, ale nie żałuję.
(Planuję także przeczytać kolejne cześci by dowiedzieć się, co finalnie stanie się z naszymi bohaterami.)

"Delirium"  6,5/10
-M

wtorek, 7 kwietnia 2015

Pierwsza miłość, inność, wyjątkowość w ksiażce "Eleonora i Park"

 Witajcie!

Dzisiaj wracam do Was z dość wyjątkową książką, do której przeczytania przyczyniła sie recenzja na blogu http://czytam-ogladam-recenzuje.blogspot.com
dzięki której usłyszałam o tej książce i postanowiłam dać jej szanse.

Otoczona przewidywalnymi jak cholera, przesłodzonymi do granic możliwości ksiażkami, po usłyszeniu, że ta jest zupełnie inna wiedziałam, że musza ją przeczytać. Dla spokoju duszy czy serca? Tego jeszcze nie wiem. 

Rzeczywiście, poznajemy totalnie niewyidealizowanych bohaterów: rudowłosą Eleonorę i jej Parka, Koreańczyka, którego ojciec jest Amerikaninem a mama Koreanką. Nasi bohaterowi są maksymalnie prawdziwi, z kompleksami, problemami natury rodzinnej oraz typowymi nastoletnimi. Ich historia jest troszkę inna, aczkolwiek czy tak bardzo inna? Nie koniecznie. Są pewne utarte schematy które sa także urzyte, ale nie męczą one i nie rażą tak bardzo w oczy, jak w przypadku innych ksiażek tematyki młodzieżowej, miłosnej, jakie czytałam.
"Eleonorę i Parka" czyta się wyjątkowo szybko, być może ze względu na tym, że głównym wątkiem jest ich miłość i problemy jakie sa z tym związane. 330 stron poszło u mnie w kilka godzin czytania. Jednakże mam małe zastrzeżenia jeśli chodzi o zdarzeie nia. Nie wszystko jest dokładnie wytłumaczone i pokazane.

 Autorka zostawia "lukę" by czytelnik mógł sam domyślić sie końca historii, co jest wyjątkowo rzadko spotykane. Zazwyczaj widzimy "i żyli długo i szczęśliwie" a tutaj jest zupełnie inaczej. Nie dostajemy cukierkowego "Happily Ever After" ale coś bardziej zagadkowego, co sprawia, że z uśmiechem odkładamy ksiazkę na półkę. 

Reasumując: Nie zawładnęła ona moim światem, nie zmieniła mojego życia i nigdy nie miałam takiej nadziei. Nie rozczarowała mnie. Była miłą lekturą, do poczytania w deszczowy, kwietniowy dzień, gdy miałam ochote oderwać sie  i poczytac "coś lekkiego" co poduszki. I tym, dla mnie, jest "Eleonora i Park" historią bardzo lekką mimo, że nie do konca romantyczną ani tragiczną. Czy w tragedii można odnalezć radość? I tak i nie. Musicie ja przeczytac, żeby się przekonać. Jestem przekonana, że każdy z nas odbierze ją w inny sposób: jedni w bardzo pozytywny, inni wręcz przeciwnie. 

"Eleonora i Park" 5/10 
-M