Stronq główna

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komedia romantyczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komedia romantyczna. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 lutego 2016

Film: "Austenland" czyli raj dla wielbicielek Pana Darciego!

"Duma i uprzedzenie" jest jedną z moich ulubionych powieści Jane Austen, mimo, że nie mam duszy romantyka i nigdy nie miałam. Zawsze lubiłam oglądać liczne ekranizację, dlatego film o twórczość Pani Austen z chęcią dorwałam i obejrzałam.. czy się rozczarowałam?

Film opowiada o Jane, dziewczynie, która szaleje za Panem Darcy: cały jej pokój jest wypełniony jego zdjęciami, imieniem i innymi przedmiotami rodem z XIX Anglii. Pewnego dnia postanawia jechać do Austenland: wydaję wszystkie swoje oszczędności by znaleźć się w wilii jak ze snu, otoczona aktorami, którzy udają, że zakochują się w kobietach, które przyjeżdżają do Austenland. Dziewczyna poszukując swojego Pana Darcy'iego znajduję aktorów i nie wie w co wierzyć. Jednak poznaje kogoś.. lecz nie wie czy jest to prawdziwe czy ze scenariusza. 

Z góry mogę powiedzieć, że mnie film ogromnie rozczarował. 

Na pewno drzemał w nim potencjał.. historia jednak była nudnawa.. gra aktorska też pozostawia wiele do życzenia.. Taki oklepany, nudnawy i przewidywalny do granic możliwości. 

Nie potrafię ocenić czy jest warto obejrzenia czy nie. Każdy z nas musi zrobić to wedle swojego gustu. Ja natomiast, nie polecam go. 

Reasumując: "Austenland" jest komedią romantyczną o fabule rodem z powieści Jane Austen. Jednakże mimo to, klimat jest bardzo sztuczny i nie ogląda się go przyjemnie. Wręcz przeciwnie: to wszystko przytłacza. Historia nie była zła: była poprawna. Ale to za mało, by uznać go za dobry :) 

"Austenland" 4/10
-M



sobota, 30 stycznia 2016

Film: "Drobna niedogodność": miłość czy nienawiść?

Czasami gdy jest mi nudno, a nie mogę znaleźć żadnego innego filmu niż komedia romantyczna, oglądam właśnie ją. Tym razem padło na "Drobną niedogodność"

Film opowiada historie Molly i Josha, którzy spotykają się na lotnisku jadąc do Chicago, na ślub matki Molly. Każde z nich jest po nieudanym związku: Molly właśnie zerwała z chłopakiem- muzykiem a Josh woli coś bez zobowiązań. Gdy dowiaduję się on jednak, że ostatnim życzeniem jego umierającego ojca jest zobaczenie kobiety, z którą weźmie ślub, Josh proponuje Molly by udawali zaręczyny. Dziewczyna zgadza się z dobroci serca lecz wszystko powoli zaczyna wymykać sie spod kontroli: rodziny bardzo się cieszą, kobiety gratulują jej zaręczyn, a dziewczyna coraz bardziej zanurza się w kłamstwie. W dodatku zaczyna coś czuć do Josha, który nie odwzajemnia jej uczuć, a przynajmniej tak jej się wydaję. Jak się skończy ta historia? Tego musicie dowiedzieć się sami! 



Z komediami romantycznymi jest ten problem, że często są bardzo oklepane, wyidealizowane i nierealne. W tym przypadku muszę przyznać, że każdy z tych elementów jest obecny w jakiś sposób, ale mimo to bardzo przyjemnie się go ogląda. 

Reasumując: "Drobna niedogodność" jest lekki, prostym i przyjemnym filmem z oklepaną fabułą i z góry przesądzoną. Jednakże mimo wszystko, ja z przyjemnością oglądałam i śledziłam losy bohaterów. Film ten zalicza się do umilaczy czasu: nic zbyt inteligentnego, mądrego czy trudnego -> jeśli szukacie czegoś dla zabicia czasu będzie on idealny! 


"Drobna niedogodność" 6/10
-M

sobota, 16 stycznia 2016

Film: "Wykolejona" czyli jak trudno się zakochać.

Na świecie istnieją dwa rodzaje ludzi: ci którzy zakochują się za łatwo i ci, którym sprawia to problem. Amy zalicza się do tej drugiej grupy. 

Film opowiada o życiu Amy, dziewczyny, która otwarcie mówi, że lubi seks, ale nie koniecznie chcę się z kimś wiązać. Zazwyczaj spotyka się z kimś na jedną noc, ewentualnie na kilka, lecz nigdy nie obiecuje miłości ani wierności. Blondynka pracuje jako redaktorka w niezbyt dobrym magazynie, pisząc sprośne teksty i tym przykuwając uwagę czytelników. Pewnego razu zostaje jej zlecony artykuł o lekarzu sportowym. Dziewczyna nie wie jeszcze, że od tego momentu, zmieni się praktycznie wszystko w jej życiu i światopoglądzie. 


"Wykolejona" nie jest filmem ambitnym ani głębokim. Bywa śmieszny, ale z ręką na sercu mogę powiedzieć, że poczucie humoru nieprzypadanie wszystkim: jest ono dość ciężkie, toporne, czasami miałam wrażenie że wymuszone. Ktoś za bardzo starał się stworzyć śmieszne sceny, które nie wyszły. 

Gra aktorska także pozostawia wiele do życzenia: nie było tragedii, ale mogło być dużo lepiej. Historia też nie była wyjątkowo innowatorska: to wszystko już było. Ona zepsuta, on idealny i na odwrót. 

Reasumując: "Wykolejona" to film, który krok za krokiem podąża za utartymi schematami typowych romansideł. To nie oznacza jednak, że jest złym filmem, bo do takich go nie zaliczam. Ogląda się go naprawdę przyjemnie a i uśmiech czasami wkradnie się na usta. Historia mimo swojej przewidywalności jest dobrze opowiedziana i przede wszystkim ciekawie. Widz śledzi z zainteresowaniem co dalej wpadnie do głowy szalonej Amy i jak zdecyduje się pokierować swoim życiem. Jednakże nie jest to film, który zostanie z nami na długo. Polecam go na raz, nudy wieczór, poranek, do obiadu czy kolacji.  

"Wykolejona" 5/10
-M

piątek, 8 stycznia 2016

Film: "Czekolada" czyli mnóstwo słodyczy i Johny Depp!

Znam przypadki osób, które nie lubią czekolady. Jest to dla mnie niezrozumiałe i bardzo, ale to bardzo dziwne. Osobiście uwielbiam gorzką czekoladę, przede wszystkim 80% z Linda (jest droga ale warta tych pieniędzy) Dzisiejszy film aż przesycony jest słodkościami różnej maści: nie sposób nie mieć ochoty na czekoladę po seansie! 


Poznajemy matkę i córkę, które w czerwonych płaszczach, popychane przez wiatr, przybywają do małego, bardzo religijnego miasteczka. Vianne jest młodą kobietą, która przejęła tradycję po swoich przodkach i zaczęła wraz z córką podróżować po świecie i zapoznawać ludzi z właściwościami, zarówno leczniczymi jak i przyjemnościowymi, gorącej czekolady oraz kakao. Kobieta jednak nie jest wierząca, przez co naraża się burmistrzowi, który rozpowiadać zaczyna plotki o jej złym prowadzeniu. Kobieta jednak nie ugina się i prowadzi sklep z czekoladą, przekonując do siebie coraz więcej ludzi. W pewnym momencie poznaję wędrowców, którzy przypłynęli do protu miasteczka: zaprzyjaźnia się z Rouxem i jego całą rodziną mieszkającą na łodzi.  Zaczyna łączyć ich coś więcej, lecz każde z nich ma duszę wędrowca, który nie zostaje długo w jednym miejscu. Jak to się skończy? Tego musicie dowiedzieć się sami :) 

"Czekolada" to niesamowicie dobry, ciepły, lekki i zarazem głęboki film. Przedstawia nam on życie ludzi z małych miasteczek i pokazuję w jaki sposób myślą o indywidualnych jednostkach i jak ciężko jest im się pogodzić z ich innością. 

Vianne nie poddała się, pozostała sobą i do końca robiła wszystko, by mieszkańcy przestali ją postrzegać jako pomiot szatana, za którego uważał ją burmistrz. Kobiecie udało się odmienić staroświeckie myślenie mieszkańców i udowodniła, że to, że nie chodzi do kościoła, nie znaczy że jest gorsza od nich. 

Na pochwałę także zasługuje niesamowicie smaczny i subtelny wątek miłosny między Vianne i Rouxem. Tych dwoje połączyło coś specjalnego, lecz nie zostało wiele pokazane: jeden pocałunek, trzymanie za ręce czy naprawianie drzwi: w ten sposób dowiadujemy się, co naprawdę do siebie czują. Nie jest to przesłodzone i ogląda się bardzo przyjemnie. 

Reasumując: "Czekolada" jest filmem przepełnionym słodkościami, pralinkami i gorącą czekoladą z chilli. Oprócz tego mamy w nim wiele wartości jak przynależność, wspólnota, religijność i indywidualizm. Jedno bardzo ważne, co przekazuję nam ten film: nie ważne czy jesteś inny czy nie, po prostu bądź sobą. Nie zaliczyłam bym go do komedii romantycznej, ale zdecydowanie wpleciony został delikatny wątek miłosny. Film trwa ponad 2 godziny lecz przez ten czas nie jest ani trochę nudny. Zakończenie jest także istotne: pozostawia widza z szerokim uśmiechem na twarzy i sprawiając, że całość na długo zapada w pamięć. POLECAM! 

"Czekolada" 10/10
-M

czwartek, 7 stycznia 2016

Film "Zanim się rozstaniemy" przypadek czy przeznaczenie?

Czasami z pozoru najgorszy dzień w naszym życiu może stać sie tym najlepszym. O tym przekonała się Brooke. 

Film opowiada historię Brooke i Nicka: spotykają się przypadkowo na dworcu, gdy dziewczyna biegnie na ostatni pociąg do Bostonu. Niestety nie zdąża na niego i zmuszona jest spędził noc w Nowym Jorku. Na domiar złego została okradziona z dokumentów i pieniędzy, a komórka wypadła jej gdy biegła do pociągu, roztrzaskując się. Nick, grający na trąbce muzyk, postanawia jej pomóc. Spędzają razem czas opowiadając o swoich marzeniach, problemach i starając się zarobić pieniądze na wczesny powrót Brooke do domu. Okazuję się, że życie każdego z nich jest dużo bardziej skomplikowane niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka: Nick przez długi czas nie mógł się pogodzić z odejściem ukochanej podczas gdy Brooke nie wie, co powinna zrobić ze swoim mężem. Czy uda im się znaleźć rozwiązanie na każda zadane pytanie? Tego dowiecie się, ogladając "Zanim się rozstaniemy". 

Na początku warto wspomnieć, że reżyserią zajął się Chris Evans, który także odegrał rolę Nicka. Nie wiem czy wcześniej miał styczność z reżyserowaniem, jednakże atmosfera jaką stworzył oraz w jaki sposób przekazał wszystko było piękne i naprawdę wzruszające.

Urzekło mnie również zachowania każdego z bohaterów: Nick i Brooke obydwoje są ludźmi z bagażem nieprzyjemnych doświadczeń. Jednakże odnajdują w sobie przyjaciół i po jakimś czasie rozmawiają otwarcie o tym, co przeżyli i czego oczekują od życia. 

Reasumując: "Zanim się rozstaniemy" jest komedią romantyczną w zupełnie innym stylu: nie znajdziemy tutaj ckliwych "kocham cię" i przereklamowanego happy endu. Historia opowiedziana został od początku do końca w bardzo wysublimowany i elegancki sposób otoczona świetnym klimatem i błyskotliwymi dialogami między postaciami. Ogromny plus należy się za sposób w jaki film został zakończony, pozwalając widzowi na pełną dowolność w interpretacji. Niektórzy są zawiedzeni, ale tylko takie zakończenie idealnie pasowało do "Zanim się rozstaniemy". Nie zostaję mi nic innego jak polecić Wam go i czekać na wasze opinie :) 


"Zanim się rozstaniemy" 9/10
-M

środa, 9 grudnia 2015

Film: "Jestem na tak"czyli mega pozytywna komedia na zimny wieczór.

Witam, witam. 

U mnie zimno, pada deszcz, pogoda czysto depresyjna, ale ja się nie poddaje i staram się być pozytywna! Wczoraj miałam przyjemność obejrzenia świetnej komedii, która sprawiła, że poczułam się jeszcze lepiej w ten okropnie ponury dzień. 

"Jestem na tak" opowiada historię Carla, mężczyzny, który przez większą część swojego życia jest negatywnie nastawiony, nie chce podejmować ryzyka i jednym słowem jest przeciętny. 

Pewnego dnia, spotyka dawnego kolegę, który zaprasza go na wykład, gdzie uczą ludzi, by mówić na wszystko "tak". Carl nie jest przekonany, ale decyduję się spróbować. Na wykładzie zawiera "przymierze", że przez najbliższy czas będzie mówił na wszystko tak, co prowadzi do wielu różnych przygód głównego bohatera: między innymi poznaje prawdziwy smak życia i przekonuje się, że do tej pory tak naprawdę nie żył. 


Możecie dostrzec mój entuzjazm już na początku postu. Film bardzo mi się podobał! 
Przede wszystkim nie jest on pusty, mimo, że jest komedią. Gdy otacza nas świat kina komediowego tak pustego, jak American Pie lub Magic Mike (mimo, że każdy z filmów lubię) to ta komedia wznosi się na zupełnie inny poziom. 

"Jestem na tak" może nie jest głębokim filmem, ale ja odnalazłam w nim przesłanie: żyj tak, aby niczego nie żałować. Nie sztuką jest wegetować i przemknąć przez życiem. Czasami trzeba coś zaryzykować, kupić bilet lotniczy na pierwszy samolot, uczyć się szydełkować czy zrobić coś, o czym od dawna się marzyło, lecz nie miało się odwagi. 

Reasumując: "Jestem na tak" emanuje pozytywną energią w niemalże każdej scenie. Obserwujemy jak Carl zmienia się z dnia na dzień, tylko przez to, że zaczął mówić "tak" i żyć pełnia życia. Osobiście, uważam, że jest to idealna propozycja filmowa dla tych z Was, którzy często zapominają jak piękne jest życie. Mimo mroku, ciemności i porażek, warto żyć i spełniać marzenia! 

Polecam Wam gorąco!  

"Jestem na tak" 9/10
-M


czwartek, 29 października 2015

Film: "Papierowe Miasta" czyli beztroska podróż wgłąb siebie :)

Johna Greena chyba przedstawiać nie trzeba: autor słynnej powieści młodzieżowej "Gwiazd naszych wina" napisał już sporą ilość książek o podobnej lecz z drugiej strony, zupełnie innej tematyce. 

Dzisiaj (w końcu!) zmierzyłam się z ekranizacją jego książki pt. "Papierowe miasta". 

Film opowiada historię przyjaźni (tak naprawdę miłości, ale o tym będzie dalej) Młody chłopiec od pierwszego wejrzenia zakochuje się w swojej nowej sąsiadce. Dzieciaki są w podobnym wieku wiec szybko się zaprzyjaźniają i spędzają razem czas. Quentin jest dość spokojny, nie chce ładować się w kłopoty. Margo natomiast jest zagadką: lubi tajemnice i sama się nią staje. Ich drogi rozchodzą się po jakimś czasie i w liceum już prawie ze sobą nie rozmawiają. Aż do pewnego czasu. 

Gdy Margo "odchodzi" chłopak chcąc ją odnaleźć rusza tropem zostawionych przez nią wskazówek. Wraz z przyjaciółmi jedzie tysiące kilometrów by ją odnaleźć i wyznać co czuje. Przy okazji dochodzi do bardzo ważnych wniosków, powiedziałabym, że nawet życiowych. 


Od bardzo dawna chciałam obejrzeć ten film, ale jakoś nie było mi po drodze. A to nie miałam czasu a to coś tam i odwlekałam to w czasie jak najdłużej się dało. Teraz gdy już jest on za mną, żałuje, że nie obejrzałam go wcześniej, ale z drugiej strony wiem, że nic szczególnego nie straciłam. 

Historia ta może wydawać się typowym "love story" jednakże wcale nim nie jest. Quentin owszem, jest zakochany w Margo, ale ich relacje są zupełnie inne niż byśmy się tego spodziewali po opisie filmu. 

Duży plus wędruje za utrzymaną zagadkę do ostatnich minut filmu i świetne (moim zdaniem) zakończenie. Było nieprzewidywalnie, odrobinę tajemniczo lecz także lekko i przyjemnie. 

"Reasumując: "Papierowe Miasta" wcale nie są historią miłosną powszechnie znaną z wielu podobnych filmów: owszem cała podróż jest napędzana miłością, lecz koniec końców jest to przede wszystkim historia dorastania i poznawania siebie. Margo nie wiedziała kim jest i dlatego zdecydowała się wyruszyć w podróż. Prawdą jest to, że w czasami nie wiemy kim jesteśmy, a przynajmniej nie jesteśmy tego pewni całkowicie. Musimy spojrzeć na świat z innej perspektywy, dać się ponieść młodości, pojechać bez konkretnego celu w nieznane, wsiąść do złego pociągu albo autobusu i czerpać przyjemność z podróży i wspomnień jakie nam z tego pozostaną. 

Film ten jest mi bliski ponieważ kieruję się podobnymi wartościami: podróżuje, bawię się, zdobywam doświadczenie życiowe i tworzę swoją własną, indywidualną historię. 

Takie powinno być życie: jedną wielką zagadką. 


"Papierowe Miasta" 7/10
-M




piątek, 16 października 2015

"Nie powiesz nikomu" czyli lekka komedia na jesienne popołudnie

Przez ostatnie tygodnie naprawdę bardzo ciężko jest mi się zabrać za jakąś cięższą, głębszą książkę. Dlatego też, gdy przeczytałam o "Nie powiesz nikomu" pomyślałam, że będzie to bardzo miłe urozmaicenie. Tak oto zaczęła się moja przygoda z komedią romantyczną na papierze. 

Historia opowiada o dziewczynie, Emmie, która boi się latać samolotami. Pewnego dnia, wracając z niezbyt udanej podróży służbowej, na pokładzie samolotu panują ogromne turbulencje: dziewczyna w przypływie paniki opowiada największe sekrety ze swojego życia nieznajomemu mężczyźnie na sąsiednim siedzeniu, po raz pierwszy będąc całkowicie szczerą. Emma myśli, że nigdy więcej nie spotka nieznajomego. Jak się potem okazuje, ich drogi będą krzyżować się dość często. 

Książka jest bardzo lekka, co jest dużym plusem: szukałam czegoś lekkiego ale nie dennego i to otrzymałam. Język jakim jest napisana jest śmieszny ale z drugiej strony poważniejszy niż w większości książek "lekkich" jakie przeczytałam. 

Cała historia jest odrobinę przesłodzona i nierealna, ale w gruncie rzeczy stanowi spójną całość i rozrywkę dla czytelnika: przypominało mi to trochę oglądanie komedii romantycznej z Ashtonem Kutcherem w roli głównej (nie wiem dlaczego, jakoś bardzo mi pasował do Jacka) 

Reasumując: "Nie powiesz nikomu?" jest lekką i przyjemną lekturą idealną na jeden, dwa wieczory. Nie jest niczym szczególnym, nie zachwyca i nie wciska w fotel, ale sprawia, że człowiek po ciężkim dniu uśmiecha się i spędza dobrze czas. Przewidywalność jest tutaj jednak obecna: starałam się nie myśleć o tym bardzo, ale nie da sie ukryć, kończy się tak, jak powinno. Bohaterka wykreowała całkiem dobrych bohaterów, mimo, że czuję niedosyt (tak przywykłam do bohaterów Kinga, że teraz każdy inny bohater jest dla mnie niewystarczający) Ogólnie polecam Wam się zapoznać z tą książką: tak jak wspomniałam, jest zabawna, troszkę przekolorowana, ale nie będziecie żałować. Ja nie żałuję :) 

"Nie powiesz nikomu?" 6/10
-M

piątek, 4 września 2015

Film: "Z dala od zgiełku"

Raz na jakiś czasu lubię obejrzeć jakiś film oddalony i w czasie i w miejscu, dlatego też wczoraj przeniosłam się do XIX wiecznej Anglii. 

Film "Z dala od zgiełku" opowiada historię kobiety, która mając korzystne propozycje małżeństwa cały czas odmawia. Pewnego razu jednak podejmuję decyzję, która nie jest jak się okazuję tą najlepszą. Na szczęście oprócz tego, ma jeszcze dwóch kandydatów. 

Ogólnie powiem tak, film nie był zły. Cały czas utrzymany był klimat delikatnego romansu: ukradkowe spojrzenie tu i tam, uśmiech czy pomoc przy czynnościach koniecznych. Widać było, że główni bohaterowie bardzo się lubią i nie wiem dlaczego od razu ze sobą nie byli (jak na rolnika był mega przystojny.. lepszy niż ci bogaci..pff) 

Dodatkowym atutem były widoki.. Malownicze wzgórza Anglii, rozległe pola i charakterystyczne klify. To wszystko zostało połączone wraz z historią w spójną logicznie całość i koniec końców, prezentuje się bardzo dobrze. 

Jedyne do czego mogłabym się przyczepić to długość filmu. Chwilą było mi już nudno, bo nie oszukujmy się, filmem akcji to on nie jest. Akcja jest powolna, momentami odrobinkę durna i naciągana (nie wspominając już że przewidywalna do granic możliwości) Mimo wszystko jednak, nie żałuję i polecam Wam, żebyście się z nim zapoznali. 

"Z dala od zgiełku" to delikatna i subtelna historia miłosna z pięknymi widokami w tle i klimatem XIX wiecznej Anglii: suknie, karety, charakterystyczne ubrania mężczyzn. Czasami warto jest dać się przenieść w inną epokę i zanurzyć się w tym. Jeśli wiec lubicie takie filmy, nie przeszkadza wam powolna akcja i powolne budowanie napięcia by rozładować je w punkcie kulminacyjnym, jak najbardziej polecam. 


"Z dala od zgiełku" 6/10 
-M

czwartek, 13 sierpnia 2015

Film: "Pewnego razu w Rzymie": fontanna miłości czy raczej zguby?

Cześć! 

Z racji tego, że mam znów mało czasu (praca wakacyjna.. będzie warto, ale teraz trzeba się poświęcić) staram się odpoczywać przy lekkich filmach. Ostatnio stanęło na "Pewnego razu w Rzymie" 

Film opowiada historię Beth, młodej pracownicy muzeum i wielbicielki sztuki, która pewnego razu na ślubie swojej młodszej siostry w Rzymie, pod wpływem alkoholu wyławia z fontanny miłości pieniążki. Sprowadza to na nią nią klątwę, powodując, że każdy z mężczyzn, którzy wrzucili nieszczęsne monety, zaczynają szaleć za dziewczyną, sprawiając, że jej życie zamienia się w piekło. Na dodatek jeden z nich zdobywa coś wiecej niż uwagę dziewczyny, lecz nie jest przekonana, czy jego uczucie jest prawdziwe czy to tylko sprawa tajemniczej mocy. 

Przyznam szczerze, że nie spodziewałam się wiele. Jak zwykle z resztą, sądziłam, że będzie to zwykła, trochę nudna i przewidywalna komedia romantyczna. Jednak pomyliłam się. 

Nie jest maksymalnie przesłodzona; jest idealnym połączeniem śmiesznego(!) humoru wraz z wątkami romantycznymi. Bardzo mi się podobali wykreowani bohaterowie, odrobinę niezdarni i przerysowani w dobry sposób. Scenariusz jak najbardziej na tak! 

Plusem jest także gra aktorska i same wykonanie. Widz nie nudzi się, mimo, że tak naprawdę wie jak to wszystko się skończy. W tym przypadku nie przeszkadzała mi szablonowość bo naprawdę podobało mi się wszystko inne i to po prostu zrzuciłam na bok. 

Jeśli szukacie czegoś lekkiego i śmiesznego a dodatkowo z urokliwymi widokami Rzymu w tle, polecam "Pewnego razu w Rzymie". Nie zawiedzie Was! 

"Pewnego razu w Rzymie" 7/10 
-M

niedziela, 2 sierpnia 2015

Film "Za jakie grzechy": lekka komedia romantyczna na niedziele popołudnie? Czemu nie!

Cześć! 

"Za jakie grzechy" jest filmem lekkim, przewidywalnym do granic możliwości, ale na swój sposób urokliwym i miłym do obejrzenia. Jeśli nie oczekujecie głębszego sensu i życiowego przesłania, film powinien Wam się spodobać. 

Opowiada on historię kobiety, która ze słonecznej Florydy przeprowadza się do małego miasteczka w Minnesocie, żeby przypilnować reorganizacji tamtejszej fabryki. Miasteczko na początku ją przytłacza, ale po jakimś czasie zaczyna czuć sie tam jak w domu. Walczy o prawa pracowników i pomaga mieszkańcom jak może. 

Tak jak wspomniałam, film jest przewidywalny i tak naprawdę wiemy od początku kto z kim, gdzie, jak i dlaczego. Nie jest to oczywiście wielką przeszkodą w oglądaniu: ja starałam się odeprzeć myśl, że wiem co się stanie i skupiałam się po prostu na obrazie. Aktorka całkiem nieźle poradziła sobie z rolą (Renee Zellweger) chociaż to nie jest jej najlepszy film. Widać, że aktorzy starali się wtłoczyć trochę więcej naturalności w bohaterów i poniekąd im się to udało. 

Nie jest do przesłodzona komedia romantyczna i bardzo dobrze. Być może dlatego nie jestem wobec niej tak bardzo krytyczna. Jednakże, nie urzekła mnie i nie sprawiła, że ujrzałam świat w innych barwach. Jest przyjemna by "zapchać" czas i nie myśleć o jutrze. Idealna na niedzielne popołudnie ale nic wiecej. 


"Za jakie grzechy" 6/10
-M 

niedziela, 12 lipca 2015

"The Duff": licealne piekło czy raczej niebo?

Cześć!

 

Amerykańskie komedie od dawna wmawiają nam, że liceum potrafi być piekłem dla jednych i niebem dla drugich. Tego doświadczają przede wszystkim ludzie inni, dziwni i nie chcący dopasować się do powszechnie panujących standardów. 

"The Duff" czyli w tłumaczeniu "Ta brzydka i gruba przyjaciółka" odnosi się mniej więcej do tego schematu. Widzimy szkołę podzieloną, jak zwykle, na sportowców, geeków, te ładne i popularna "księżniczki" oraz dziwaków, takich jak Bianca. Dziewczyna dowiaduję się od swojego sąsiada, ale również kolegi z dzieciństwa, że dla swoich ładnych koleżanek jest niczym innym niż DUFF. Dziewczyna nie będąc pewna siebie bardzo przezywa słowa Wesleya. Po jakimś czasie jednak zawiera z nim układ: ona pomoże mu zdać chemię a on nauczy ją jak rozmawiać z chłopakami i przestać być "tą brzydką i grubą". 

Brzmi banalnie, prawda? 

I tak też trochę jest. Nie powiem, schematy tutaj występują, ale postanowiłam zrzucić jest na drugi plan i skupić się na wiadomości, którą chcieli nam przekazać twórcy: nie ważne kim jesteś, czy jesteś ładna, czy brzydka, czy chuda czy gruba, ważne że jesteś sobą i nie przejmujesz się tym, co powiedzą o Tobie inni. Tak odebrałam ten niezwykle pozytywny ale również przewidywalny film. 

Nie oszukujmy się, wielokrotnie chcąc się dopasować udajemy kogoś kim nie jesteśmy. Pamiętajcie jednak, że to nie jest właściwa droga. Jeśli nie jesteście sobą w takim razie kim jesteście? Kimś wykreowanym? Osobiście nigdy nie spotkałam się z czymś takim: nigdy nikt nie czepiał się mnie, że jestem taka a nie inna, a jestem po trochu dziwakiem. Jednak mam znajomych, nawet pokuszę się o stwierdzenie przyjaciół. Wszystko jest uzależnione od naszych decyzji: nie dajmy sie przekonać, że bycie takim samym jak wszyscy jest dobre. Bądźmy sobą. 

"The Duff" nie jest filmem zapadajacym w pamieć. Jest owszem przyjemny i przedstawia problemy dojrzewania: gdy dalej szukamy kim jesteśmy i gdzie jest nasze miejsce. Pomimo szablonowości i przewidywalności nie mam do niego zastrzeżeń. Jest dość młodzieżowy, kierowany raczej do osób w wieku 15-23. Wątpię czy starszym widzom przypadłby do gustu, ale na leniwe popołudnie jest idealny. 

"The DUFF" 7/10
-M

poniedziałek, 16 marca 2015

Świat oczami drugiej osoby, czyli komedia romantyczna "In Your Eyes"


Dobry wieczór!

Wczoraj mniej więcej o tej porze postanowiłam poszukać jakiegoś lekkiego, niezobowiązującego do myślenia i zastanawiania się nad sensem życia, filmu. Pomyślałam: "rzadko oglądam komedie romantyczne.. Może coś takiego dla odmiany?" 

I w ten sposób trafiłam na film "In Your Eyes"

Film opowiada historię dwóch, zupełnie odmiennych od siebie osób, które porawdza zupełnie inny tryb życia. 

Dylan, były skazaniec mieszka w swojej "przyczepie" na środku pustkowia, mają na barkach kuratora i "podejrzanych" kolegów, którzy co rusz proponują mu kolejne prace dorywcze. 

Rebecca, żona doktora, mieszkajaca w luksusowym mieszkaniu wraz z mężem. 
Co ich łączy? 

Pewnego dnia zaczynają ze sobą rozmawiać w sposób, w jaki rozmawiali by z samym sobą. Widzą swoimi oczami to co widzi druga osoba. 

Co się staje później? 
Chyba wiadomo.   


To co zaintrygowało mnie w opisie tego filmu, to niecodzienna historia: nie oszukujmy się, zazwyczaj komedie romantyczne są przewidywalne i bardzo oklepane. Ta jednakże jest miłym przeciwieństwem: oczywiście, nadal musimy pamiętać, że jest to komedia romantyczna i zawsze na końcu naszych bohaterów czeka happy end, ale tutaj cała historia była pokazana tak dobrze, spójnie i tak realnie zagrana przez aktorów, których swoją droga pierwszy lub drugi raz widziałam na wielkim (lub małym) ekranie, że to była sama przyjemność. Jeśli tak jak ja, nie lubicie komedii romantycznych bo macie wrażenie, że wszystkie są takie same, szczególnie polecam "In Your Eyes". 
Być może nie zmienicie zdania do całego gatunku, ale przynajmniej spędzicie przyjemnie czas :) 


Myślę, że czasami każdy z nas potrzebuje takiej drogi ucieczki: dla jednych to właśnie filmy i literatura. Dla innych sport. Jeszcze dla innych narkotyki i alkohol. Opcji jest wiele i nie można stwierdzić teoretycznie, że którakolwiek z nich jest zła czy dobra: każda jest inna. 
To nasze zdanie wybrać tą, która będzie idealnie do nas dopasowana, a my nie będziemy się przy tym męczyć. 

A propo bohaterów: jak wiemy, przeżyją jedną z najlepszych "historii miłosnych" jakie oglądałam od dawna (jak już wspomniałam nie jestem fanką komedii romantycznych) 

Film kończy się w dziwnym momencie, co także jest dla mnie ogromnym plusem: jest w tym swego rodzaju spontaniczność i wizja reżysera. Brawo! 

Miejmy tylko nadzieje, że żyli długo i szczęśliwie!



Reasumujac: "In Your Eyes" pomimo miana komedii romantycznej jest naprawdę zaskakującym filmem. Widzimy tutaj jak czasami wygląda życie człowieka, który dosłownie i w przenośni "dusi się" w swojej skórze. Znudzony rzeczywistością. Realnością. Nasi główni bohaterowie, mimo, że byli z kompletnie innych światów, okazali się, dopasowani idealnie. Polecam przede wszystkim ludziom ze zdaniem na temat komedii romantycznych jak moje: obejrzyjcie a przekonacie się, że warto!






Polecam!






"In Your Eyes" 9/10 
-M
 

niedziela, 8 marca 2015

"Love, Rosie" czyli jakie naprawdę jest życie?

Hej, cześć, witam :3 
Dzisiaj chciałabym powiedzieć, napisać parę słów o filmie "Love, Rosie" Istnieje również książka, aczkolwiek nie mogę się do niej odnieść, ponieważ jej nie czytałam :( 

Film nie wydaję się mieć skomplikowanej fabuły: przyjaźń damsko-męska zawsze wiadomo jak się skończy. Poznajemy Alexa i Rosie, dwoje ludzi, przyjaciół, którzy dzielą ze sobą swoje nastoletnie problemy, wymieniają się doświadczeniami, mają podobne marzenia: chcą wyjechać do USA na studia (bo kto by nie chciał?)


 Życie dla nich nie jest łaskawe: nie wszystko idzie zgodnie z ich założeniami. Tutaj idealnie widzimy w filmie jak jedna źle podjęta decyzja może zaważyć na naszym całym życiu, naszych marzeniach, planach i przyszłości. Oczywiście koniec końców widzimy, że główna bohaterka nie żałuje (sama tak mówi) i jest szczęśliwa, ale ta myśl, że mogło się zrobić wszystko a wyszło jak wyszło cały czas towarzyszyłabym nam, a wiec na pewno towarzyszyła też Rosie. 


Jak pewnie wszyscy się przekonaliśmy, życie nie jest łatwe: czasami siedzimy i nie wiemy co wybrać, jakiego wyboru dokonać, który nam zaprocentuje w przyszłości. I tutaj nie ma rady: trzeba ryzykować. 

 
Wracając do naszych bohaterów, ich życia oddzieliła odległość, aczkolwiek mimo wszystko pozostali w kontakcie: jej życie tutaj i jego życie tam, zupełnie inne realia, priorytety i nastawienie. 


Nie chcąc spojlerować żadnych wydarzeń, nie zdradzę Wam dokładnie co się działo krok po kroku: powiem tylko, że obydwoje podjęli parę złych decyzji, których potem żałowali (nie wszystkich), ale wszystko dobrze się skończyło. 


Reasumując: "Love, Rosie" jest komedią romantyczną z typowymi elementami dla tego rodzaju filmów: nasi głowni bohaterowie wymijają się, mimo, że od początku wiemy co do siebie czują i jak to wszystko się skończy. Oczywiście, moje krytyczne oko widzi w tym nudny schemat, aczkolwiek nie sadzę, że da się to zrobić w inny sposób: takie już są komedie romantyczne moi drodzy, przewidywalne. Jednakże mimo tego, ogląda się ją bardzo przyjemnie: możemy i popłakać i się pośmiać: emocjonalny misz-masz, różnorodność wątków i szybka akcje sprawia, że "Love, Rosie" jest bardzo dobrym filmem na wieczór z kawą czy herbatą i kocem lub też z drugą połówką (wedle życzenia..) 
Mimo iż nie jestem fanką tego typu filmów, uważam że warto obejrzeć "Love, Rosie", nawet nie dla wątku miłosnego, ale żeby zobaczyć, jak bardzo życie potrafi być okrutne i jak trzeba myśleć o wszystkim co się robi. Bardzo pouczające, wesołe i przykre jednocześnie. Żyjemy tylko raz, dlatego korzystajmy z głową z tego co mamy!

"Love, Rosie" 7/10
-M